RSS
czwartek, 14 lutego 2013
Zgaduj zgadula

Moje dziecko coraz więcej mówi. Etap „łała” (piesek) i „nienie” (kotek) minął już na dobre. Teraz mamy znacznie trudniejsze słowa i pierwsze zdania. Nie ma chyba wyrazów, z którymi Madziuta nie próbowałaby się zmierzyć, co najwyżej te bardziej skomplikowane tworzy we własnym dialekcie. My zazwyczaj rozumiemy ją doskonale, jednak zdarzają się wyjątki. Jakiś czas temu Madzia przez cały dzień domagała się „dowódki”. Wiedzieliśmy jedynie, że jest to coś do jedzenia, nic poza tym. Za pierwszym razem udało się „dowódkę” zastąpić „madzitką” czyli mandarynką. Przy drugim podejściu Madzia załamana tępotą swoich starych sama się poddała. Gdy wieczorem po raz trzeci rozległo się zniecierpliwione „dowódkę”, postanowiłam poszukać pomocy u mojej mamy, która oczywiście też mówi językiem swojej wnuczki. Tego słowa jednak i ona nie pamiętała. Olśnienie przyszło następnego dnia. Chodziło o drożdżówkę. Takich sytuacji nie ma jednak zbyt wiele i zwykle podobne zagadki udaje się rozwiązać w kilka minut.

Tym co zaczyna mnie lekko irytować jest to, że Madzia zdrabnia i nam też każe używać zdrobnień. Tak więc gdy w bajce, którą opowiadam, pojawia się kaczka, natychmiast zostaje przez Madzię poprawiona na kaczuszkę. Kotek nie może machać ogonem, tylko ogonkiem. Myślę, że Madziuta zdrabnia przynajmniej trzy czwarte używanych przez siebie słów. Ba, ona zdrabnia nawet zdrobnienia. Ostatnio z nożyka zrobiła „nożyczek” a z rybki „rybeczkę”. Wczoraj rano usłyszałam takie oto stopniowanie: „ała, ałka, ałeczka”, po czym zjawiła się przede mną moja córka i kazała „pocacować” się w paluszek. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to nasza wina/zasługa – do wyboru wedle uznania. Ale można uznać to za dziwne w rodzinie, w której małż zawsze brzydził się zdrobnieniami, a ja sama również ich unikałam. Oto co taki brzdąc potrafi zrobić z dorosłymi ludźmi.

A może któryś z moich drogich czytelników ma ochotę sprawdzić czy dogadałby się z moim dzieckiem? Oto kilka najczęściej funkcjonujących w naszym domu słowotworów:

palulać, kefko, papałki, kibozoj, pafitka

Pokusicie się o rozszyfrowanie ich znaczenia? :)


czwartek, 24 stycznia 2013
Wstyd mi

Ależ mi Madziuta dzisiaj dzień zgotowała. Przeszła samą siebie. Cały czas coś było źle albo czegoś chciała. Mimo że założyłam, że dziś nic zrobić nie muszę i poświęcam jej cały swój czas, to i tak jej nic nie pasowało. Zwalam to na bunt dwulatka i teoretycznie wiem jak powinnam się w takich chwilach zachować. Naczytałam się w końcu sporo. Niestety nigdzie nie napisali jak z takim zachowaniem ma sobie radzić rodzic choleryk. Zachowałam spokój raz, drugi, trzeci ale w końcu musiałam się wydrzeć. Oczywiście od razu dopadły mnie wyrzuty sumienia, więc byłam zła nie tylko na nią ale i na siebie. I zaczęłam się nakręcać. Im bardziej się nakręcałam, tym bardziej się darłam. Najgorsze jest to, że to dziecko zamiast się wtedy obrazić albo odpyskować, płacze, łazi za mną, wyciąga rączki i woła mamusiu. No przecież serce pęka. Biorę ją więc na ręce i przytulam, ale ponieważ mam coraz większe wyrzuty sumienia, to jestem coraz bardziej wściekła. Więc wystarczy, że ona znów zacznie marudzić, a ja znów krzyczę. Boję się że robię jej wodę z mózgu. Mamusia w jednej chwili przytula i całuje, a w drugiej krzyczy. I jeszcze to usypianie. 45 minut. Też nie wytrzymałam i moje dziecko zasnęło z łzami na policzkach. Zwykle chcę by spała jak najdłużej, a dziś czekam aż się obudzi, żeby móc jej to jakoś wynagrodzić. A wiecie co jest naj naj najgorsze? To że dziś rano po raz pierwszy, zupełnie niepytana powiedziała mi „kofańcie”:( Idę się wypłakać. A potem będę sprzątać, bo na książce i tak się nie skupię a zresztą nie zasłużyłam dziś na przyjemności:(

poniedziałek, 21 stycznia 2013
Moje dziecko mnie wpienia

Madziuta ma taki jeden nawyk, który mocno działa mi na nerwy. BARDZO często wręcza mi do rąk moich własnych to, co akurat trzyma, a czego chce się pozbyć. Jakby nie mogła tego gdzieś odłożyć. I zawsze mówi przy tym „nie” co zdaje się ma oznaczać „nie chcę”. I nie ma dla niej żadnego znaczenia to, że ja akurat mam zajęte ręce. Stoi z wyciągniętą łapą i powtarza to swoje "nie" z coraz większym zniecierpliwieniem, dopóki nie wezmę tego co mi podaje, albo powiem że ma to gdzieś odłożyć. Pół biedy jeśli jest to coś co sama jej dałam np. kubeczek z piciem. Można założyć, że robi to w myśl zasady: od mamusi dostałam, mamusi trzeba oddać. Choć wiem, że tak nie jest, bo Madzia do porządnickich raczej nie należy. Dowód? Jeśli już nie daje tego kubka mi (mnie?), to rzuca go między zabawki. Ale jak przychodzi do mnie z drugiego końca mieszkania z dajmy na to misiem, którego sama sobie wzięła i oddaje mi go, bo akurat zainteresowało ją coś innego, to mam ochotę palnąć ją w tą kitkę na czubku głowy. Nie potrafię wtedy ukryć irytacji i powstrzymać się przed złośliwym komentarzem.

poniedziałek, 31 grudnia 2012
Wpis poświąteczny

Miałam cudowne święta. Fakt, zaczynały się nieszczególnie, bo migrena w Wigilię nie należy do doznań pożądanych tego dnia. Ale za sprawą pewnej magicznej tabletki udało mi się pozbyć bólu i później było już bardzo dobrze.

A propos migren, nie chwaliłam Wam się jeszcze, że kilka miesięcy temu miałam już tak dość tych częstych ataków i tego jak dezorganizowały życie naszej rodziny, że postanowiłam przynajmniej spróbować coś z nimi zrobić. Udałam się więc do neurologa z nastawieniem, że usłyszę, iż cierpię na chorobę hrabiowską i z godnością hrabiny powinnam ją znosić. Tymczasem przesympatyczna Pani doktor poinformowała mnie, że są pewne sposoby, które pozwalają zapobiegać migrenie, musimy tylko odpowiednio dobrać leki. I chyba żadna z nas nie przypuszczała, że już pierwszy z nich okaże się starzałem w dziesiątkę. Zażywam więc regularnie tabletki, które podobno mogę stosować długo i szczęśliwie bez skutków ubocznych, i dzięki którym ilość moich migren zmalała kilkakrotnie. A do tego jak już się jakaś trafi, łykam sobie tabletkę przeciwbólową, która może nie działa natychmiast, bo po około godzinie (ale czymże jest godzina bólu w porównaniu z kilkunastoma), ale działa (w przeciwieństwie do innych, które do niedawna łykałam w ilościach hurtowych) i łeb przestaje mnie boleć a ja czuję się jak nowo narodzona. Oczywiście nie mogę z tym lekiem przesadzić, ale w przypadku gdy migrena dopadnie mnie akurat wtedy, gdy raczej powinnam być na chodzie, mogę się nim ratować.

Wracając do tematu świąt. Były piękne. A wszystko dzięki temu, że małż był w domu aż do wczoraj. Nie robiliśmy nic poza odpoczywaniem przez duże O, spacerowaniem, zabawianiem Madziuty, oglądaniem TV i oczywiście jedzeniem. Ja w zasadzie nie przestawałam jeść. Obżarłam się do granic przyzwoitości. I uważam, że to głównie dzięki mnie nie zmarnowała się nam nawet odrobina z wigilijnych dań :) Co prawda najbardziej świąteczny nastrój mam zwykle przed świętami, a po Wigilii już jakoś czar pryska, ale i tak było miło. A żeby podtrzymać resztki tego nastroju, w piątek po świętach przyniosłam go sobie jeszcze trochę. Zakupiłam po bardzo okazyjnej cenie pięć kartonów bombek:) Doszłam bowiem do wniosku, że w przyszłym roku muszę ubrać dużą choinkę. Bo skoro taka mała, trzydziestocentymetrowa sprawiła mojemu dziecku tyle radości, to już nie mogę się doczekać, aż zobaczę Madziutkową minę za rok :)

A teraz żebyście nie myśleli, że było tylko różowo i lukrowo, to opowiem Wam o chwili grozy, którą przeżyłam w piątkowy wieczór, kiedy to małż był z Kluską na jej wieczornym sikaniu. Siedziałam sobie na kanapie, po szyję owinięta kocem, gapiąc się w TV, gdy nagle usłyszałam przerażający odgłos, który chętnie bym Wam opisała, ale nie potrafię, bo nie da się go z niczym porównać. To były dziki, które prawdopodobnie się o coś pokłóciły. Dziki to dla nas żadna nowość, przychodzą pod nasz blok prawie codziennie, ale nie co dzień wydają takie odgłosy i nie co dzień Kluska jest w tym czasie na dworze. Drogę do okna pokonałam z prędkością światła, a i tak zdążyłam sobie po drodze wyobrazić, co one robią mojemu pieskowi. Zapytacie dlaczego dziki miałaby się rzucać na małego niewinnego psiaka? A bo ten mały niewinny psiak o rozumku mniejszym niż ma Kubuś Puchatek zazwyczaj ma dzikom coś do zakomunikowania i robi to głośno i dobitnie. Tylko czekać, aż trafi na takiego, który nie będzie przed nim uciekał. Na szczęście tym razem Kluska nie zorientowała się, że z drugiej strony bloku ma towarzystwo. Ale uwierzcie mi, jeszcze długo się trzęsłam i myślałam, że serce mi wyskoczy.

A dziś Sylwester. I kolejny już raz cieszymy się z małżem, że nie musieliśmy go sobie w żaden sposób organizować. Zawsze kosztowało nas to sporo nerwów, bo zwykle już od października wszyscy wokoło pytali gdzie, z kim i za ile. Nie zrozumcie mnie źle. Wszystkie nasze sylwestrowe imprezy były udane, ale ta presja przed była bardzo męcząca. Dziś siedzimy w domu a Madzia jest naszą wymówką :)

Życzę Wam moi drodzy abyście o każdym dniu w Nowym Roku mogli powiedzieć, że był dobry:)

poniedziałek, 24 grudnia 2012
Święta!

Życzę Wam moi mili zdrowych* i radosnych Świąt, spędzonych w gronie osób, które kochacie.



*z naciskiem na zdrowych, np. bez migreny, bo wtedy jest przekichane, wierzcie mi na słowo :(


poniedziałek, 10 grudnia 2012
Bardzo udane wyjście do teatru

Byliśmy wczoraj na spektaklu "Bóg" wg Woodego Allena i kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że ja Allena i jego poczucie humoru po prostu uwielbiam.

Strasznie ciężko jest mi powiedzieć o czym jest ten spektakl, bo gubiłam się podczas oglądania co najmniej kilkanaście razy. Ujęłabym to tak: spektakl jest o aktorach teatru (w tym przypadku gdyńskiego), którzy robią spektakl o Starożytnych Grekach, którzy robią spektakl. Brzmi zawile? A to dopiero początek. Okazuje się, że wszyscy są świadomi tego, że są tylko fikcją. Ba, dowiadujemy się, że publiczność też jest fikcją. Pojawia się nawet autor, który nas wymyślił. Scenariusz jest Allena, ale został dostosowany do potrzeb Trójmiejskiej publiczności. Główna bohaterka pochodzi z Wejherowa, aktorzy używają swoich prawdziwych nazwisk, a na scenie pojawia się chochoł z „Wesela” Wyspiańskiego. Mamy tu aktorów nie tylko na scenie, ale i wśród publiczności a nawet nad nią. Jest mnóstwo zabawy słowem, masa zaskakujących sytuacji i kupa śmiechu. Jeśli kiedykolwiek, gdziekolwiek będziecie mieli okazję to zobaczyć, to naprawdę polecam.


sobota, 08 grudnia 2012
Bajki, teatry i trudne pytania

Skarżyłam się w poprzedniej notce, że muszę śpiewać? No to już nie muszę. Teraz Madzia domaga się bajek. Musiałam się w związku z tym nieco doszkolić, bo nie pamiętałam na przykład o co chodziło w Jasiu i Małgosi. Przerabiamy też codziennie Czerwonego kapturka, Królewnę Śnieżkę i pewną bajkę, którą opowiadał mi jeszcze mój dziadek. Do tego, żeby nie było nudno, sama wymyśliłam dwie, z których jestem bardzo dumna, bo nie podejrzewałam siebie o taką wyobraźnię. Mamy więc w repertuarze 6 bajek i za każdym razem opowiedzieć muszę .... 6. W najlepszym wypadku 5. No tak jakoś się porobiło, że znów Madzia potrzebuje sporo czasu by zasnąć. Jeśli po 6 opowieściach jeszcze nie śpi, to wtedy ewentualnie mogę zacząć śpiewać, przy czym absolutnie nie chce słyszeć piosenki o kotkach, o której wspominałam w poprzednim wpisie. Mimo że męczą mnie te bajki, to cieszę się, że Madziuta tak chętnie ich słucha, bo to dowód na to, że się rozwija. Jeszcze niedawno nie była w stanie tak długo się skupić.

Zresztą ostatnio w ogóle rozwija się ekspresowo. Zaczęła bardzo dużo mówić. Jest w stanie powtórzyć coraz bardziej skomplikowane słowa. Jeszcze kilkanaście dni temu podniecałam się tym, że powiedziała „kotleciki” (tak niestety używam zdrobnionek), a dziś udało jej się powtórzyć „co się dzieje”. Nie tylko powtarza, ale też sama nazywa przedmioty. Bardzo dużo pamięta i bardzo dużo rozumie. To niesamowite, że w tak krótkim czasie tak bardzo się zmieniła. Codziennie zaskakuje nas czymś nowym.

A propos zaskakiwania, zadałam jej ostatnio pytanie natury niemalże filozoficznej, nie podejrzewając nawet, że je usłyszy, a ona nie dość, że usłyszała, to jeszcze zrozumiała bezsens wykonywania czynności, o którą pytałam. Ale po kolei. Stałam sobie w kuchni szykując obiad dla małża, gdy kątem oka zobaczyłam zbliżającą się w moim kierunku Madziutę, niosącą swój wózek dla lalek. Żaden to wyczyn, bo wózek ani duży ani ciężki nie jest. Wyczynem natomiast jest przeciśnięcie się z nim przez próg kuchni, w którym stoi Madziutowe krzesełko do karmienia. Postękując i stukając wózkiem o futrynę i krzesło udało jej się wejść do kuchni.

Tu nastąpi dygresja o tym jak bardzo nie lubię, gdy Madzia w kuchni przebywa. No więc nie lubię tego BARDZO. Kuchnia nasza jest rozmiarów tak mikroskopijnych, że ja i Madzia w niej to już jest tłok, a ja, Madzia i jej wózek (ewentualnie samochód, który też lubi tu przyprowadzać) to zdecydowanie za dużo. Do tego jeszcze cały czas muszę pilnować, żeby nie ściągnęła ze stołu niczego czym mogłaby sobie zrobić krzywdę, co mogłaby wylać, lub stłuc. Zamiast więc robić to, co bym chciała, co chwilę muszę odsuwać od Madziuty to po co właśnie sięga. A uwierzcie mi nie ma w naszej kuchni zbyt dużo miejsca na przesuwanie czegokolwiek. Niestety żadne prośby, groźby ani nawet podstęp nie są w stanie Madzi z kuchni wykurzyć. No bo nie dość, że z mamą to jeszcze w interesującym miejscu. No czego chcieć więcej? Tak więc często gęsto jej wizyty w tej części domu kończą się awanturą. Awantury jednak i tak stanu rzeczy nie zmieniają. Madzia albo nadal stoi w kuchni i ryczy a mnie zżerają wyrzuty sumienia, albo wychodzimy obie.

Tak więc tym razem westchnęłam tylko przesuwając się, bo mnie dziecko wózkiem swym szturchnęło. I w zasadzie sama nie wiem po co zapytałam: Madziu czy mogłabyś mi powiedzieć, po co niesiesz tutaj swój wózeczek? I wiecie co wtedy zrobiła moja córka? Odwróciła się i postękując i stukając wózkiem o futrynę i krzesło, wyszła z kuchni. Uwierzcie mi, dawno nic mnie tak nie zaskoczyło. Chciałam pobiec z okrzykiem jaka mądra dziewczynka i ją pocałować, ale bałam się, że zawróci.


Żeby nie było, że ja tak ciągle o Madzi, to teraz będzie o czymś poważnym. Pamiętacie jak zachwycałam się „Rzezią” Polańskiego? Wybraliśmy się w końcu z małżem na „Boga mordu” w teatrze w Gdyni. Bawiliśmy się świetnie, obśmialiśmy jak norki, ale film jednak bardziej nam się podobał. Wg małża, to po prostu inny poziom aktorstwa. A w najbliższą niedzielę, znów wybieramy się do teatru. Rozwijamy się ostatnio kulturalnie, a co. Ale żebyście nie myśleli, że my teraz tacy ą ę, to powiem Wam, że „Julia” nadal jest u nas na topie:)

czwartek, 22 listopada 2012
Domyślna mama to skarb

Usypiam Madzię na drzemkę. Idzie mi dość kiepsko. Po opowiedzeniu dwóch bajek, śpiewam wymyślaną na poczekaniu piosenkę o myszce, dumna że nawet udaje mi się zrymować co jakiś czas.

Madzia: Nienie

Śpiewam dalej

Madzia Nienie nienie

Ja: Kotek?

Madzia: Tak

No to wplatam szybko w piosenkę coś o kotku, nie do rymu, ale trudno.

Madzia: lala

Ja: ???

Nadal śpiewam.

Madzia: lala, lala

Ja: Zaśpiewać piosenkę o kotkach?

Madzia: Tak (z niekłamaną radością, że matka w końcu zajarzyła)

Zaśpiewałam jej naszą piosenkę o kotkach, przytuliła się i zasnęła. Wrrr. Nie mogła powiedzieć wcześniej?


Udało mi się w weekend wyskoczyć z małżem na „Mój rower”. Wyjście było spontaniczne i nieco wariackie, bo wychodząc z domu wiedzieliśmy tylko, że mamy nieplanowaną randkę i nie bardzo wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Pogoda nie sprzyjała spacerom, a brzuchy mieliśmy po obiedzie tak pełne, że nawet gorąca czekolada z Cafe Anioł nas nie skusiła. Drogą eliminacji wybraliśmy kino. Wyjeżdżaliśmy dokładnie w chwili, gdy miał się rozpocząć seans i pierwszy raz cieszyliśmy się z długich reklam przed. Film jest dokładnie taki, jakie lubię. Prosta historia, która bawi i wzrusza na zmianę. Do tego piękne zdjęcia i muzyka, i bardzo dobra moim zdaniem gra aktorów, wszystkich trzech. Naprawdę polecam.


czwartek, 15 listopada 2012
Do wiosny nie wychodzę z domu

Dzisiejszy spacer mnie wykończył. Ubieranie. Najpierw Madziuta, później ja. Swetry, kurtki, czapki, szaliki, rękawiczki (Madzia swoje zdjęła już po kilku minutach, bo przecież w rękawiczkach nie da się jeść a ona w wózku MUSI jeść). Już mi gorąco. Schodzimy na dół. Dobrze, że idzie ze mną mama, bierze małą, a ja przynajmniej mogę spokojnie zamknąć drzwi. Otwieram garaż, żeby wyjąć wózek. Gdyby nie mama, Madzia już dawno stałaby w błocie albo pobiegłaby szukać jakiegoś „nienie”. Teraz tylko się drze, bo babcia ją trzyma za kaptur. Wkładamy ją do wózka, przykrywamy kocem, a ta już domaga się „am”. Chrupek w łapkę i jedziemy. Leci mi z nosa. Szukam chusteczek. Portfel, okulary, dokumenty, klucze, żarówka. SĄ. Ulga. Madzia wcina już czwartego chrupka. Gorąco mi. Zdejmuję rękawiczki. Zdjęłabym czapkę, ale przewiana głowa = migrena, a po wczorajszej mam przesyt. Madzia krzyczy "am". Wchodzimy do sklepu. Rozbieramy małą, żeby się nie spociła. Po kilku minutach stwierdzam, że nie wyrobię i też się rozbieram. Żeby tylko nic nie zgubić (ostatnio jakiś miły pan gonił mnie po całym sklepie, bo gdzieś w okolicy bananów zostawiłam rękawiczki). Zakupy, kasa, pakowanie. Am, am, am. Gorąco mi, a tu trzeba się ubrać. Najpierw Madzia, potem ja. Wychodzimy ze sklepu. Znów kapie mi z nosa. Znów szukam chusteczek. Powinnam je nosić w kieszeni. Otwieram nową paczkę chrupków. Jesteśmy pod domem. Szukam kluczy do garażu. Portfel, okulary, żarówka, dokumenty, chusteczki, dwie paczki. Gorąco mi. Mama bierze siaty z zakupami, ja Madziutę i koc. Jeszcze tylko trzeba pokonać schody na 3 piętro. Madzia oczywiście musi sama. Idzie, nie pozwala sobie pomóc. Asekuruję ją z daleka. Traci równowagę, uderza głową w poręcz. Wyje. A nie mówiłam? Miałaś uważać. Odpowiedź „tak” i uśmiech. Udawała. Gorąco mi a ona zaczyna schodzić w dół. Biorę ją na ręce. Ona w kurtce, ja w płaszczu. Docieramy do drzwi. Podczas gdy ja otwieram, ona wchodzi wyżej. Idę po nią i wnoszę do domu. Rozbieram się. Zwykle zaczynam od niej, ale dziś bym chyba umarła. Rzucam ciuchy gdzie popadnie. Nie wiem kto to posprząta.

Zwykle drzemkę Madzi wykorzystuję na maksa. Dziś nie byłam w stanie zrobić nic. I pomyśleć, ze latem robiłyśmy po 2, 3 spacery dziennie.

Szacun dla mam, które mają więcej niż jedno dziecko. Ja mam dośc spacerów z jednym. Zimę przesiedzę w domu. Już nawet wiem, co będę robić. Będę udawała, że boli mnie głowa. Wczoraj miałam migrenę. Prawdziwą, nie udawaną. I była to już druga z kolei migrena, podczas której moje dziecko zachowywało się jak anioł. Przez cały dzień leżałam zwinięta w kłębek, a Madzia bawiła się albo oglądała bajki. Kilka razy podsuwała mi pod nos książeczki, na szczęście każdą znałam na pamięć, nie musiałam więc nawet otwierać oczu, żeby jej opowiedzieć co jest na obrazkach i wyrecytować tekst. I do tego jeszcze rozwalała mnie, podchodząc co jakiś czas i dając mi buziaka :)


środa, 07 listopada 2012
Przekąska

Na początek sprostowanie, bo z przedostatniego wpisu mogło chyba wynikać, że Madzia ma „tsi” latka. Ona tak utrzymuje owszem, ale tak naprawdę w lutym skończy dopiero 2:)

Dziś rano, gdy stałam przed lustrem i nakładałam makijaż na mą bladą twarz (dlaczego opalenizna tak krótko się utrzymuje :/), usłyszałam, że Madziuta łazi po mieszkaniu i pociamkuje. Rzuciłam się sprawdzić, co też tym razem wpakowała do buzi i czy nie ma ryzyka połknięcia. Odetchnęłam, gdy ujrzałam kawałek chlebka, ale zastanowiło mnie źródło jego pochodzenia.

Ja: Skąd masz chlebek? - zapytałam żywiąc nadzieję, że dorwała coś ze stołu w kuchni a nie znalazła porzucony przez Kluchę.

Madzia: Łała    (więc jednak)

Ja: Od pieska? A gdzie piesek miał chlebek?

Madzia: pokazała paluszkiem posłanie Kluski


Madziutową zdobycz oddałam Klusce, ale nie była zainteresowana. Madzi wręczyłam świeżą kromkę, ale ta już jej tak nie smakowała.

Czasami, gdy potrzebuję chwili wytchnienia od małej, daję jej coś do jedzenia. Wtedy mam jak w banku, że Klucha będzie za nią łazić, Madzia będzie ją karmić albo przed nią uciekać ciesząc się jak dzika, a ja będę mogła w spokoju pozmywać/pogapić się w monitor/doczytać kolejną stronę książki/wypić kawę. Stąd pewnie dzisiejszy chlebek :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17