RSS
niedziela, 09 czerwca 2013
Kiepska sobota

- Podczas porannego spaceru Madzia zaryła buzią w beton. Ma podrapane czoło, policzek i nos a pod noskiem taką dziarę, że wygląda jak Chaplin. O opuchliźnie już nie wspomnę.

- Ze złości na to, że cierpi i jak wygląda wyżyłam się na małżu, choć to nie jego wina. Powiedzmy, że drugą połowę dnia udało się uratować, ale planowany romantyczny wieczór niestety nie wypalił.

- Po południu Madziuta zlała nam się na środku restauracji. Wyobraźcie sobie dziecko wyglądające jak ofiara przemocy w rodzinie stojące w kałuży siuśków. Uroczy obrazek, prawda?

Małż twierdzi, że mogło być gorzej. Mogła stracić zęby (tfu), a knajpa przynajmniej nie była tą, do której zwykle chodzimy. Tam na podłodze mają wykładzinę.



piątek, 07 czerwca 2013
O sikaniu i miłości

Próbujemy odpieluchować Madziutę, ale idzie nam to dość opornie, niestety z mojej winy. Pierwszy błąd? Biorąc pod uwagę tendencję Madzi do dramatyzowania i jej łatwość wpadania w histerię, zapewniałam ją wielokrotnie jeszcze przed rozpoczęciem całej akcji, że jeśli zdarzy jej się wpadka, to nic nie szkodzi, mamusia umyje i przebierze a podłogę powyciera. No i Madziuta była tylko lekko zdziwiona przy pierwszej kałuży, a kolejne traktowała wręcz z uśmiechem. Może gdyby się wystraszyła na początku, to szybciej by nam poszło? Kolejny błąd wynika z tego, że łatwo się zniechęcam. Pierwszego dnia, po czterech kałużach z samego rana, stwierdziłam, że nie zaryzykuję spaceru bez pieluchy. Po powrocie była drzemka więc też pielucha. Po południu kolejny spacer z pieluchą. Na wieczór już się nie opłacało zdejmować. I tak przez dwa tygodnie moje dziecko raz miało pieluszkę, raz nie. Raz nóżki były mokre po nasikaniu, a innym razem suche. Chyba Madzia trochę zgłupiała. Dlatego teraz od trzech dni pieluchę zakładamy tylko i wyłącznie do spania i to tuż przed a nie np. pół godziny wcześniej. Mam nadzieję, że w końcu mała załapie, o co chodzi.

W każdym razie mamy dużo czasu i nie musimy się spieszyć, bo Madziuta nie dostała się do przedszkola. Gdy składałam formularz zgłoszeniowy, nie miałam pewności czy w ogóle zależy mi, by się dostała. Jakoś nie wierzę, że chętnie zostałaby sama w nowym miejscu z obcymi ludźmi, a nie wyobrażam sobie zostawiania jej tam płaczącej. Ale teraz jednak żałuję, bo a nuż by jej się spodobało? Dobrze by mi to zrobiło. Czuję, że potrzebny mi odpoczynek od niej. Poza tym mogłabym w końcu zacząć szukać pracy i robić coś poważniejszego niż zakupy, obiadki, spacerowanie i wycieranie siuśków.

A z pozytywnych rzeczy? Madzia miała dzisiaj dzień wyznawania miłości. Kilkadziesiąt razy usłyszałam dziś od niej „Kocham cię mamusiu” albo” Mamusiu, kocham cię bardzo”, zwykle połączone z buziakiem. I jak tu nie wybaczyć jej tych wszystkich zasikanych majtek? Ba, ja jej nawet zasikane posłanie Kluski wybaczę :)



poniedziałek, 27 maja 2013
Więcej szczęścia niż rozumu

Zostawiłam wczoraj klucze do samochodu... w drzwiach samochodu. To już drugi raz. Za pierwszym, jakiś rok temu, tłumaczyłam się tym, że wyciągałam wózek z bagażnika, wkładałam do wózka Madzię, zagadałam się z mamą. Powiedzmy, że mogłam zapomnieć zamknąć auto. Choć to trochę naciągane tłumaczenie. Ale wczoraj? Ja je zamknęłam. Odchodząc, spojrzałam nawet, by się upewnić czy drzwi z drugiej strony są domknięte. Tylko, że klucze zostały w drzwiach. Zorientowałam się po ponad 3 godzinach, gdy nie mogłam ich znaleźć w torebce. Czy powinnam się martwić?



środa, 22 maja 2013
The Versatile Blogger Award

Obrazek dla The Versitale

Długo mnie tu nie było, a to z powodu zadania, które postawiła przede mną dirk5 (jej blog dirk5 chwyta chwile szczerze wszystkim polecam), a które okazało się być dla mnie nie lada wyzwaniem. Dirk nominowała mnie do ujawnienia 7 faktów z mojego życia, a ja przecież już dwukrotnie brałam udział w podobnej zabawie (dirk nie mogła o tym wiedzieć, gdyż nie była jeszcze wtedy moją czytelniczką). Dla kogoś kto wiedzie interesujące życie pełne spektakularnych wydarzeń i nieprzewidywalnych zwrotów akcji takie zadanie to pewnie bułka z masłem. Ale ja jestem nudziarą, która ma wszystko zaplanowane i poukładane i naprawdę trudno mi było przypomnieć sobie cokolwiek o czym byście jeszcze nie wiedzieli. Ale sprężyłam się, wygrzebałam z zakamarków pamięci może nie istotne fakty ale jakieś tam ciekawostki, o których raczej tu nigdy nie wspominałam i oto są:

- Nigdy nie oglądałam „Gwiezdnych wojen”, żadnej części.

- Nigdy nie miałam w ustach papierosa.

- Zanim mój małż został moją drugą połówką, byliśmy dobrymi znajomymi a jeszcze wcześniej uważałam go za dziwaka.

- O tym że boję się pająków pisałam wielokrotnie, ale na pewno nie wspominałam o tym, że spędziłam kiedyś kilka nocy w pokoju pełnym pająków. Był to mój miesiąc miodowy, wybraliśmy się z małżem do Kazimierza Dolnego, gdzie trafiliśmy do jednej z wielu tzw. kwater prywatnych, która okazała się być najgorszym miejscem w jakim kiedykolwiek nocowałam, właśnie ze względu na mieszkańców. Nie były to może wypasione okazy, tylko takie zwykłe długonogi, ale kryły się w każdym możliwym zakamarku naszego pokoju i do tej pory nie mogę wyjść z podziwu dla siebie, że wytrzymałam tam kilka dni. To chyba efekt euforii w jakiej żyłam tuż po ślubie.

- O tym, że miewam migreny też wiecie, ale nie opowiadałam chyba nigdy, że migrena dopadła mnie w dniu mojego ślubu. Oczywiście było to coś, o co obawiałam się najbardziej i co spędzało mi sen z powiek przez cały okres przedślubnych przygotowań. Wtedy jeszcze nie leczyłam się u neurologa i nie miałam dostępu do żadnej magicznej tabletki, która mogłaby przerwać ewentualny atak migreny. Dlatego gdybym mogła wybierać, to wolałabym już wpadkę w rodzaju złamany obcas, plama na sukni, zapomniane obrączki a nawet pryszcz na nosie. Wszystko byle nie ból głowy. Tego dnia obudziłam się bez bólu. Po czym o 8 rano odwiedziła mnie fryzjerka i stworzyła na mojej głowie coś, co daleko odbiegało od fryzury, którą mogłabym ewentualnie zaakceptować. Niestety autorka dzieła była z niego całkiem zadowolona a przyklaskiwały jej moja mama i babcia, i w żaden sposób nie mogłam ich przekonać, że nie wezmę ślubu wyglądając jak pluszowy miś. Zastosowałam więc metodę perswazji może mało wyszukaną, ale za to skuteczną. Rozpłakałam się. A ponieważ u mnie płacz = migrena, to ziścił się mój najgorszy koszmar. Tabletki nie pomogły. Wiecie co pomagało? Tańce. Dlatego całe swoje wesele spędziłam na parkiecie:)

- 7- latką będąc bardzo mocno przywiązywałam się do wszystkiego i wszystkich i nie lubiłam zmian (tak mi zresztą zostało do dziś), dlatego gdy pani wychowawczyni w połowie roku szkolnego posadziła mnie w jednej ławce z chłopcem, tak długo płakałam po powrocie do domu, że moja mama następnego dnia musiała przekonywać ją, by z powrotem pozwoliła mi siedzieć z moją ówczesną najlepszą psiapsiółką. Do dziś pamiętam wściekłe i drwiące spojrzenie mojej wychowawczyni (nie była chyba najlepszym pedagogiem). Ale swego dopięłam:)

- Jeśli kiedykolwiek zdecyduję się na kolejne dziecko, to chciałabym aby to również była dziewczynka.

 

Do zabawy powinnam nominować 15 blogów, ale ponieważ ja nawet tylu nie czytuję, postanowiłam wybrać jedną rodzynkę, asprocolię, której blog Dyskretny urok codzienności czytuję od bardzo dawna i chętnie poznam nowe fakty z jej życia :)

 



piątek, 19 kwietnia 2013
Taki sobie wiosenny wpis

W końcu mamy wiosnę! Dla jej uczczenia wybraliśmy się dziś z dziewczynami (czytaj Madzią i Kluską) na plażę. Niestety zbyt długa zima namieszała mojemu dziecku w głowie. Madziuta próbowała lepić z piasku bałwana:)

Małż zdał egzamin za pierwszym podejściem. Kamień, który spadł mu z serca zatrząsł chyba całą Ostródą, bo tam właśnie czekaliśmy na wyniki. A konkretniej, o wyniku dowiedzieliśmy się, robiąc zakupy w jednym z Ostródzkich supermarketów, nabyliśmy więc od razu beczułkę piwa, którą opróżnialiśmy z teściami przez dwa dni, wznosząc toasty za mojego dzielnego męża.

Przy okazji wpisu o Madziutkowej butofobii nasza ulubiona wirtualna ciocia upomniała się o zdjęcie. Uzupełniam więc braki.

Madzia w skarpetkach  Madzia w bucikach  Madzia dziś

 

Z lewej - Madzia w swoich słynnych skarpetkach. Na zdjęciu nie wyglądają może najgorzej, ale wyobraźcie sobie takie „pantofelki” w zestawieniu z sukienką :)

W środku – pierwsze chwile w prawdziwych butkach. To białe przy prawym bucie to metka. Nie odczepiłam, bo nastawiałam się raczej na zwrot do sklepu niż na powodzenie naszej akcji:)

Z prawej – Madzia dziś.



piątek, 05 kwietnia 2013
Przedobrzyłam

Co robi matka, która od rana czekała, by jej zakatarzone i marudne dziecko udało się na drzemkę, która to drzemka w końcu nastąpiła, ale trwała 2 minuty? Wykorzystując resztki rozsądku matka powstrzymuje łzy, by uniknąć migreny i dostaje @#%wicy wewnętrznej, bo ma jeszcze na tyle przyzwoitości, by nie wydzierać się na chore dziecko. Po godzinie matka poi dziecko mlekiem, licząc na jego nasenne działanie i znów próbuje je uśpić. W przypływie desperacji wymyśla nawet bajkę o cielaczku, z której jest bardzo dumna, która niestety podobnie jak mleko nie działa nasennie. Po dwukrotnym jej opowiedzeniu zniechęcona matka tak długo udaje że śpi, że ostatecznie po 30 minutach skakania po łóżku, wierzgania i gadania do siebie dziecko jednak zasypia. Następnie matka udaje się, by poczynić ten oto wpis, i przestrzec inne mamy, że nie należy czyścić nosa dziecku, które dopiero co zasnęło, bo to wcale nie zapewni mu spokojniejszego a przez to dłuższego snu. Wręcz przeciwnie, raczej spowoduje pobudkę i może się okazać, że obudzone dziecko jest pełne energii i chęci do zabawy.


niedziela, 31 marca 2013
Niezbyt świąteczny wpis

Chyba nigdy nie czułam takiej niechęci do świąt jak w tym roku. Zacznijmy od tego, że wszyscy jesteśmy chorzy. Jeszcze w niedzielę pochwaliłam się znajomemu, że przetrwaliśmy tę zimę zdrowi, a tu w poniedziałek Madziuta dostała kataru, a potem rozłożyliśmy się kolejno ja, małż i moja mama. Jestem mistrzynią zapeszania.

Do tego jeszcze małż został wysłany przez swoją firmę na kurs, który kończy się super trudnym egzaminem, po zdaniu którego otrzymuje się super ważny papierek. Od miesiąca nasze życie wygląda tak, że małż wraca do domu w okolicach godziny 18 – 19tej, je obiad (o ile można tak nazwać posiłek spożywany o tej porze) i równo z Madzią kładzie się spać, po to by wstać o 4tej (kiedy to główne źródło chaosu jeszcze śpi) i uczyć się. On pada na nos od ilości informacji, które musi przyswoić, ja od ilości czasu spędzanego z Madziutą. A Madzia z katarem jest mega upierdliwa, więc ostatni tydzień był naprawdę trudny. Ale nic to, byle do 12 kwietnia, bo wtedy jest egzamin, który małż MUSI zdać, bo żadne z nas nie wytrzyma kolejnych dwóch tygodni jego nauki do poprawki.

I do tego jeszcze ten śnieg. No przecież to jest jakaś pomyłka. Dziś do koszyczka ze święconką bardziej od baranka pasowałby bałwanek. Żebym chociaż mogła powiedzieć, że przynajmniej Kluska, która uwielbia ten biały szajs, się cieszy. Ale nie mogę, bo nikt z nią nie chodzi na długie spacery, bo a) wszyscy jesteśmy chorzy, b) od tygodni pod blokiem koczuje stado wygłodniałych dzików. Mam wrażenie, że są tu przez cały czas. Żeby wyjść z psem na zwykłe krótkie siku, najpierw wyglądam przez okno, żeby sprawdzić czy jest bezpiecznie.

Tak więc przyczyn mojego nieświątecznego nastroju jest wiele. Ale jednak mamy święta, udaję się więc trochę pokontemplować, by jutro móc w pełni cieszyć się z tego co w nich naprawdę ważne, a nie tylko z tego, że zdążyłam zrobić faszerowane jajka.

Życzę Wam zdrowych, radosnych świąt i rychłej wiosny.


poniedziałek, 11 marca 2013
Każdy ma jakiegoś bzika

15 lutego Madzia skończyła 2 latka. Dużo czasu potrzebowałam, by zabrać się za wpis z tej okazji, bo nie bardzo wiedziałam jak podsumować miniony rok. W końcu postanowiłam, że napiszę o tym, co z tego roku zapamiętałam najlepiej czyli o Madziutkowej butofobii. Nazwę tej przypadłości wymyśliłam sama, bo żadnej fachowej nie udało mi się znaleźć. Ale łatwo chyba odgadnąć, że moje dziecko bało się butów.

Zawsze bardzo podobały mi się takie małe słodkie buciki dla bobasków, ale Madziuta nigdy takich nie miała, bo zakładanie ich kilkumiesięcznemu maleństwu wydawało mi się niepraktyczne. Uważałam, że takiemu dziecku cieplej, przyjemniej i wygodniej jest w miękkich bamboszkach. No i jak się okazało był to błąd. Czas na pierwsze buciki nadszedł jakoś w okolicy kwietnia lub maja zeszłego roku, kiedy to Madzia miała ok. 15 miesięcy i chodziła już na tyle pewnie, że można było ją wypuścić z uwięzi zwanej wózkiem. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie gdy Madziuta na widok buta zbliżającego się do jej stopy wpadła w taką panikę, że zwróciła na siebie uwagę wszystkich klientów sklepu. Uznałam, że to chwilowe, butki zakupiłam i postanowiłam zrobić kolejne podejście w bardziej sprzyjających okolicznościach. Niestety ani ulubiona ciocia, ani pokazywanie na własnym przykładzie, ani najbardziej wymyślne odwracanie uwagi nie przyniosło rezultatów. Tę parę butów na szczęście udało mi się zwrócić. Próbowaliśmy jeszcze kilka razy z innymi, ale bez skutku. Madzia na widok butów wierzgała, krzyczała i zalewała się łzami. Po około miesiącu prób byłam załamana. Przecież nie mogła całego lata przejeździć w wózku. Trzeba więc było znaleźć jakiś substytut. I tak rozpoczęliśmy zwiedzanie Gdyni w skarpetkach ze skórzaną podeszwą :) Teraz się z tego śmieję, ale uwierzcie mi, wtedy było to dla mnie źródło ogromnej frustracji. Każde napotkane dziecko w bucikach psuło mi humor. A przyglądałam się uważnie wszystkim i bezskutecznie szukałam dziwoląga podobnego do mojego. Nie macie pojęcia jak wstydziłam się tego, że Madziuta łazi w skarpetkach. Wiem, że to głupie, ale gdy tylko ktoś zagadywał coś na temat małej, od razu wplatałam w rozmowę informację o jej fobii, żeby tylko nie pomyślał, że to ja taka durna matka jestem, że puszczam dzieciaka w skarpetach. Lato na szczęście było ładne, więc rzadko byliśmy uziemieni z powodu deszczu (takie skarpetki niestety nie nadają się na nawet lekko wilgotne podłoże). Ale im dalej w las tym bardziej się denerwowałam, co będzie jesienią. Po 2 miesiącach skarpetkowych wędrówek, postanowiliśmy z małżem uciec się do ostatniego sposobu, który przychodził nam do głowy. Doszliśmy do wniosku, że trzeba małej założyć butki podczas snu. Od samego początku chodziło mi to po głowie, ale bałam się, że Madzia po przebudzeniu wpadnie w panikę albo przeżyje jakąś traumę. Ponieważ jednak nic nie zapowiadało zmiany w jej podejściu do butów, trzeba było zaryzykować. Wybraliśmy się na spacer z obstawą w postaci babci i mojego 12-letniego siostrzeńca, który zawsze skupiał uwagę Madzi. Gdy zasnęła w wózku, delikatnie założyliśmy jej buciki, a zaraz po przebudzeniu robiliśmy wszystko, by ją czymś zainteresować. Madzia od razu zorientowała się, że coś jest nie tak. Ku naszemu zdziwieniu nie uderzyła jednak w płacz, gapiła się tylko podejrzliwie na swoje stópki, od czasu do czasu zerkając na pajacującą rodzinkę. Ależ to były emocje. Serce mi waliło gdy wyciągałam ją z wózka i stawiałam na ziemi. Moja mama natychmiast wzięła ją za rączkę i pociągnęła za sobą, a Madzia... zaczęła dreptać nie spuszczając wzroku z obutych stópek:) Wyobraźcie sobie radość i ulgę jaką poczuliśmy. Pamiętam to dokładnie. To był 26 lipca i nigdy nie dostałam lepszego prezentu imieninowego :) Oczywiście później był okres, że tylko i wyłącznie te konkretne tenisówki były akceptowane, ale w końcu i to minęło. A teraz? Gdy ostatnio przymierzyłam jej nowe zimowe buciki, przechodziła w nich cały dzień. Dobrze, że do snu pozwoliła sobie zdjąć :)

Chyba właśnie ta butofobia jest dla mnie symbolem całego drugiego roku Madziutkowego życia. Duży problem, ale w końcu pokonany. Bo były jeszcze inne. Odstawienie od piersi też wydawało mi się niewykonalne, a w końcu się udało. Podobnie z zasypianiem na rączkach. Sądziłam, że prędzej dorobię się garba niż Madzia pozwoli mi choćby usiąść podczas tego rytuału. Ale w końcu i na to wymyśliłam sposób. Mam nadzieję, że skoro poradziliśmy sobie w tak beznadziejnych jak nam się wtedy wydawało sytuacjach, to ze wszystkim damy radę. I z tym optymistycznym nastawieniem wchodzimy w trzeci rok :)


piątek, 08 marca 2013
Tańce hulanki swawole a w tle Grzegorz Turnau

Od kilku dni słuchamy sobie z Madzią Grzesia Turnaua. Żebyście widzieli jak przy tym wywijamy. Madziuta tak daje czadu, że muszę pilnować, żeby się w coś nie rąbnęła. A „Cichosza” i „Między ciszą...” to już nawet zaczyna sobie podśpiewywać :)


czwartek, 21 lutego 2013
Klucz w portfelu???

Mam dziś dużo czasu na zrobienie wpisu na blogu. Normalnie spędziłabym go z małżem, ale jestem na niego wściekła. Wiem, że nie chciał, że nie zrobił tego specjalnie, ale nagrabił sobie i nic mnie teraz nie zmusi bym usiadła obok niego na kanapie. Niech wie, że jestem zła.

Od poniedziałku planowałam sobie dzisiejsze wieczorne wyjście na fitness. Zaczęłam chodzić bardzo niedawno i na razie wypróbowuję różne zajęcia, bo nie do końca jeszcze wiem na czym mi zależy, ale na tych dzisiejszych, nie wdając się w szczegóły dlaczego, zależało mi bardzo. Karnet wykupiony, jedno wejście 3 x droższe niż przeciętne, ale co tam. Najpierw okazało się, że małż nie zdąży wrócić, bo ma dużo pracy. Zrozumiałam, nie miałam pretensji, w końcu nadgodziny robi prawie codziennie, więc nawet to przewidziałam. Z Madziutą została mama, a ja pojechałam sobie godzinę wcześniej, bo skoro już tyle płacę, to przynajmniej wycisnę z tego jak najwięcej potu. Po 20 minutach na bieżni zadzwonił telefon. Zapytacie po co mi telefon na bieżni? Teraz też już wiem, że zabieranie go ze sobą było błędem. Ale uznałam, że jako odpowiedzialna mama (mama a nie żona!), powinnam być pod telefonem, kiedy tylko mogę. Dzwonił małż z informacją, że w zasadzie to on mógłby już wyjść z pracy, ale w domu został jego portfel a w portfelu jest klucz do biura, a ponieważ on wychodzi ostatni, to musi to biuro zamknąć. Oszczędzę Wam opisu kolejnych 20 minut kiedy to małż próbował wykombinować jakiś zastępczy klucz oraz przekleństw, które się przez ten czas przewinęły. Stanęło na tym, że JA muszę mu ten klucz dowieźć, tzn. muszę wyjść tuż przed zajęciami, na które tak bardzo czekałam, a co za tym idzie mam zmarnowane wejście na fitness. Oczywiście mogłabym wyjść dopiero po zajęciach, niech se stary czeka, mógł pamiętać o portfelu, ale to byłoby za długo dla Madziuty, którą trzeba było położyć spać. No więc wyszłam i pomknęłam moją czerwoną strzałą marki Skoda po ten nieszczęsny portfel. A teraz najlepsze. Gdy dojeżdżałam do domu znowu zadzwonił małż. Przyszła pani od sprzątania i oczywiście miała klucz do biura. Ta daaaam!

Czy ktoś wie, dlaczego ten człowiek siedzi jeszcze żywy na tej kanapie?


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17