RSS
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Jeszcze tylko dwa tygodnie

Do niedawna nie mogłam się zdecydować czy ten rok jest dla mnie dobry czy nie. Niby nic złego się nie wydarzyło, ale jednak ciągle coś było nie tak jak powinno, szczególnie w ostatnich miesiącach. No i w końcu nabrałam pewności. Mam go już dość. Chcę by się skończył, bo z tygodnia na tydzień jest coraz gorzej.

W piątek wybrałam się do niedawno otwartego centrum handlowego, gdzie na podziemnym parkingu zarysowałam samochód o jakąś na pewno bardzo potrzebną tylko nie wiem czemu tak nisko umieszczoną skrzynkę. Zarysowałam to mało powiedziane. Mam wgniecenie na tylnych prawych drzwiach i nad kołem. Jestem wściekła, ale nawet nie na siebie. Oczywiście to była moja wina, w końcu skrzynka sama mi na samochód nie wlazła, ale na tym parkingu jest tak ciasno, że uważam się za rozgrzeszoną. Sama byłam świadkiem jak ktoś zahaczył o jeden ze słupów, i to taki bez skrzynki czyli jeszcze większa pierdoła ode mnie:). A w piątek jakiś mężczyzna próbował mnie pocieszać mówiąc, że to już drugi przypadek bliskiego spotkania ze skrzynką, który widział. Jakby nie mogła wisieć o metr wyżej.

Ale można też na to zdarzenie spojrzeć z innej strony. W piątek był 13. Gdyby pechowość tego dnia skumulować z moim tegorocznym „szczęściem”, to i tak dobrze, że tylko to mi się przytrafiło.



środa, 11 grudnia 2013
Wyobraźnia dziecka

Wiedzieliście, że z czterech zwykłych kwadratowych klocków Lego Duplo, tych najmniejszych z zestawu można zrobić: kanapę, ulicę, schodki, bębenek, okulary, kręgle, kredkę a nawet dwie, pieska i mamusię dla Pusi*? A jak się dołoży jeszcze jeden klocek to wyjdzie butelka dla Pusi. Ja też nie wiedziałam. Córka mi to dziś wytłumaczyła. Można też te 4 klocki nosić i tulić albo położyć się z nimi i coś do nich szeptać. I tak przez cały dzień. Jak jej się znudziło budowanie i tulenie to zaangażowała mnie. A z mamusią i 4 klockami to dopiero jest frajda. Można przez nie wspólnie przeskakiwać. Można kazać mamusi wejść do kółka (tak moi drodzy z 4 klocków da się również zrobić kółko) i wyskakiwać z niego. Można też zrobić dwie różdżki i kazać mamusi czarować. Dziś to były 4 niebieskie klocki a jakiś czas temu 2 pomarańczowe i 1 żółty.

A ja się głupia zastanawiam co jej kupić na gwiazdkę.

 

* Pusia to kotek Hello Kitty



sobota, 30 listopada 2013
Zmiany czy zastój – nie wiem co gorsze – cz. II

Było o zmianach, więc teraz o zastoju. Nie mylić ze spokojem, bo z nim nasza obecna sytuacja ma niewiele wspólnego. Kierując się radami lekarzy, postanowiliśmy, że do końca roku nie puszczamy Madziuty do przedszkola. Tyle mniej więcej czasu potrzeba, by po chorobie i antybiotykach porządnie się zregenerowała. Spróbujemy znów od stycznia, ale mam spore wątpliwości czy się uda. Gdy Madzia jest w domu, często opowiada o przedszkolu i mówi co będzie robić gdy tam pójdzie. Ale biorąc pod uwagę 3 ostatnie wizyty, boję się, że nie obejdzie się bez łez i że ja wtedy wymięknę. Żebym jeszcze wiedziała, że dobrze robimy. A ja cały czas mam ogromne obawy, że po prostu za wcześnie próbujemy ją wysłać w świat. Boję się, że nawet jeśli jej się tam podoba, to po prostu nie dojrzała jeszcze emocjonalnie do tego, by zostawać w przedszkolu bez kogoś bliskiego. Wszyscy twierdzą, że to normalne, że płacze. Tylko że przez te 2,5 roku macierzyństwa nauczyłam się, że na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Jak do tej pory wszystkie duże zmiany udawało nam się wprowadzać bez łez. Chciałabym aby i ta nastąpiła w ten sposób. Wiem, że już trochę schizuję, ale zaczynam nawet przypisywać swoim snom jakieś większe znaczenie. Jakiś czas temu śniła mi się Madzia w zbyt dużych butach. Zaczynam się zastanawiać czy to nie znak, że pakujemy ją w coś, co jeszcze nie jest dla niej.

Przed nami więc miesiąc niepewności. Nie znoszę takiego czekania. Już bym wolała wiedzieć, że się nie uda i mieć jasną sytuację. A tak, żyjemy nadzieją podszytą wieloma wątpliwościami.

Ale nic to. Najważniejsze, że dziecko nam wyzdrowiało. Poza tym idą święta. Czujecie to? Ja już tak. Skupię się na porządkach, wypiekach i szukaniu prezentów i nie będę miała czasu na roztrząsanie sytuacji.



wtorek, 05 listopada 2013
Zmiany czy zastój – nie wiem co gorsze – cz. I

Gdy zaczęło się u nas zmieniać i to chyba w pożądanym kierunku, to ja, jak to ja, znalazłam sobie powody do zadręczania się. A gdy nagle przyszedł zastój, to jest jeszcze gorzej, bo nienawidzę takiej atmosfery oczekiwania. A co jest w ogóle najgorsze, to fakt iż zastój jest wynikiem choroby.

Zacznę od początku. W połowie września okazało się, że w przedszkolu, do którego składaliśmy podanie, zwolniło się miejsce i nasze dziecię jest tam mile widziane. Po tygodniu psychicznego nastawiania Madziuty i przede wszystkim siebie, zaprowadziłam małą do przedszkola. Ale jeszcze przed tym po sugestii Pani dyrektor, że mile widziane są dzieci bez żadnych nałogów, odsmoczkowaliśmy Madzię. Udało nam się to bez najmniejszego problemu. Zrobiłam dziurki w Madziowych smoczkach i udając zaskoczoną, ale jednocześnie z odpowiednią dawką entuzjazmu, poinformowałam ją, że skoro smoczki się zepsuły tzn. że jest już za duża, by ich używać. Po niecałej minucie płaczu Madzia spróbowała włożyć jeden z nich do buzi, a po stwierdzeniu „przeszkadza mi” odłożyła go. Od tej pory zasypia bez smoka. Choć zasypia to chyba za dużo powiedziane, ona po prostu w okolicach 19tej pada ze zmęczenia, ponieważ niestety wraz z pożegnaniem smoczka, przestała sypiać w dzień. I to jest mój pierwszy powód do zadręczania się. Nie chodzi mi wcale o to, że nie mam już tych cudownych 2 godzin w ciągu dnia na zregenerowanie sił, bo dzięki temu mamy z małżem dłuższe wieczory. Martwię się, bo widzę, jak bardzo mała potrzebuje drzemki. Jest zmęczona, im bliżej wieczora tym bardziej marudna, ale nie jest w stanie wyciszyć się na tyle, by zasnąć. Szkoda mi jej okropnie. Rozważałam nawet oddanie smoka, ale nie chcę dziecku robić wody z mózgu. Cały czas liczę na to, że w końcu jakoś sobie ureguluje czas snu.

Drugi powód do zadręczeń to przedszkole. Zaczęło się nieźle. Przez pierwsze 3 dni mała bardzo nie chciała zostać, ale jak już udało mi się wymknąć, to podobno prawie nie płakała. Cały czas trzymała się blisko Pani przedszkolanki i mało bawiła z dziećmi, ale pani twierdziła, że jest nieźle. Za to w domu zachowywała się zupełnie normalnie, opowiadała co robiła i mówiła, że znów chce iść. Niestety po tych 3 dniach Madzia rozchorowała się na prawie 3 tygodnie. Gdy wróciła do przedszkola po tej długiej przerwie, było bardzo różnie. Jeden dzień popłakiwania, drugi ponoć super dobry i jeszcze jeden kiedy zabrałam ją z powrotem do domu, bo mi serce pękało jak płakała, że nie chce zostać. Po tym incydencie do przedszkola zaprowadził ją małż, i ponoć tego dnia było dobrze, ale już następnego, z powodu płaczu nawet nie wyszliśmy z domu. Więcej zresztą nie musieliśmy próbować, bo Madziuta znów się rozchorowała. Po tygodniu kaszlenia stwierdzono zapalenie płuc, delikatne ale jednak. Diagnoza padła w szpitalu, do którego trafiliśmy z jeszcze innego powodu, ale tym już nie będę Was zanudzać, bo skończyło się na szczęście tylko 3 godzinną wizytą na izbie przyjęć. Aktualnie zadręczam się więc stanem zdrowia mojego dziecka. Jest ponoć lekka poprawa, ale antybiotyku jeszcze nie odstawiamy. A to już drugi w odstępie miesiąca:(

Jak sami widzicie, zmiany raczej nie wyszły nam na dobre. Ciąg dalszy opisu naszej obecnej sytuacji nastąpi w kolejnym wpisie.



piątek, 06 września 2013
Czemu?

Czemu pytające dzieci nie mają wyłącznika?

Czemu mamy nie posiadają funkcji autoodpowiedź?

Czemu nawet spacer po lesie nie jest dla matki relaksem tylko ciężką pracą umysłową nad serią pytań?

Co to? Czy ta szyszka jest czysta? Czy może być dla Klusi? Czy nasiusiałam na żuczka? Gdzie ten żuczek idzie? Czemu idzie do domku? Czy mogę pogłaskać tego pieska? Czemu? Czemu może być groźny? Co to za odgłos? Może wiewiórka? Czy mogę tu usiąść? Czemu? Od czego? Czemu patrzysz? Czemu się rozglądasz? Czemu lubisz się rozglądać? Gdzie są dziki? Dlaczego byś się bała? Dlaczego mogą być groźne? Jakie kły? W jakiej książeczce widziałam dzika? Gdzie jest dzięcioł? Czemu nie widać? Gdzie wysoko? Czy mogę pogłaskać? Czemu? A co to? Czemu trujący? A ten? Czyj to jest cień? Czy świeci słonko? Czemu? Czy idziemy w stronę domu? Czemu?

 

I teraz moje pytanie, które od powrotu z lasu nie daje mi spokoju. Jest przecież mnóstwo dzieci w wieku Madziuty, które jeszcze nie mówią. Jak one do cholery zaspokajają swoją ciekawość?

środa, 28 sierpnia 2013
Dwie lewe ręce

Czy kąpiel w zupie pomidorowej ma jakieś właściwości odżywcze? Bo ja dziś takowej zażyłam i liczę, że nie na darmo. Podczas gdy moje dziecię pluskało się w tradycyjnej kąpieli, ja postanowiłam skonsumować zalegającą w lodówce zupę. Niestety zamiast zrobić to w sposób standardowy, oblałam się nią od szyi aż po kapcie. A ponieważ zupy było sporo, to wystarczyło jeszcze na podłogę, wnętrze lodówki, ściany, szafki i kuchenkę. Wrrr

Ostatnio wszystko wypada mi z rąk. Dopiero ten dzisiejszy incydent z zupą mi to uświadomił. Kilka dni temu zrzuciłam okulary na kafle w łazience. Niby nic im się nie stało. Jedna maleńka ryska. Dokładnie na środku prawego szkła!! Myślałam, że się przyzwyczaję, ale chyba jednak czeka mnie wymiana. Jeszcze wcześniej upuściłam telefon. Co prawda po małżu i nie żaden smartfon, ale jak dla mnie i tak full wypas. Teraz jest full of ryski na ekranie, bo spadł na beton.

Aha, i był jeszcze talerzyk u mojej mamy. To znaczy nadal jest, ale lekko wyszczerbiony. Ewidentnie coś jest ze mną nie tak.

Ale nie ma tego złego. Dzięki zupie mam już przynajmniej plany na czas jutrzejszej Madziutowej drzemki. Będę myła lodówkę. Bo dziś udało mi się jedynie doprowadzić ją do stanu, by przy otwieraniu pomidorówka nie rozchlapywała się na podłogę.

wtorek, 27 sierpnia 2013
Zmęczenie materiału

Gdy moje dziecko jest zmęczone zachowuje się jak kobieta z PMSem. W najlepszym wypadku marudzi, w standardowym wyje. Dziś przed kąpielą zaliczyliśmy klasyczny ryk. Zaczęło się od nie wiadomo czego. Płacz był taki, że orzekliśmy z małżem, że nie będziemy jej kapać, dopóki się nie uspokoi. Głównie dlatego, że i tak słyszał ją już cały pion. Gdybyśmy weszli do łazienki słyszałaby i sąsiednia klatka. Mamy to już sprawdzone. Życzliwi sąsiedzi pytali nas kiedyś czemu z Madzi taka płaczka, bo ICH córa tyle nie beczy. Tak, nie lubimy ich.

Ale wracając do tematu, gdy oznajmiliśmy jej, że ma się najpierw uspokoić, to darła się, że TERAZ chce się myć. Jak już zaczęła cichnąć i zamierzaliśmy ją wpuścić to łazienki, wymyśliła, że nie chce się kapać i dawaj kolejne kilka minut ryku. Moglibyśmy oczywiście odpuścić jej to mycie, ale pewna jestem bardziej niż daty jej urodzin (a pamiętam ten dzień BARDZO dokładnie), że gdybym tylko zaczęła ubierać ją w piżamkę, ona zaczęłaby domagać się kąpieli. I to głośno domagać. Ostatecznie jakoś dotarła do łazienki, a z wody wychodziła już zadowolona.

 

Ale, żeby nie było, że ostatnio tylko narzekam, to teraz troszkę pozytywów. Staramy się z małżem maksymalnie wykorzystywać ostatnie dni lata. W weekend udało nam się zaliczyć śniadanie na plaży i bardzo udany spacer z Madziutą i Kluską. Choć żałuję, że nie mogliśmy tych dwóch rzeczy czyli plaży i wyjścia z Kluską połączyć. Bardzo mi doskwiera zakaz wprowadzania psów na plażę, bo ja traktuję mojego psa jak członka rodziny, jak moje pierwsze dziecko i uwielbiam spędzać z nim czas (nawet bardziej niż z tym drugim). A plaża to jedno z moich ulubionych miejsc.

Ja rozumiem zakaz w ciągu dnia, bo dużo ludzi, dzieci, psy bywają różne, nie każdy je lubi itd. Ale mogliby go znosić w godzinach wieczornych, gdy plażowiczów już nie ma albo przynajmniej jest ich znacznie mniej. Mogliby tam wysyłać ze dwóch strażników miejskich skoro po 18 nie muszą już sprawdzać biletów parkingowych. Powinni dać radę. W końcu pilnowanie, by właściciele sprzątali po swoich pupilach to nie interwencja w mordobiciu na plaży.

Owszem mamy od jakiegoś czasu w Gdyni kawałek plaży udostępniony dla psów. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa i zamierzałam zabierać tam Kluchę regularnie, dopóki nie sprawdziłam na mapie, gdzie dokładnie się znajduje. Powiem tylko, że w tym roku nie udało nam się tam dotrzeć. Bo dojechać to jeszcze nie problem, ale iść potem spory kawał z małym dzieckiem to już tak.

No i wychodzi na to, że jednak marudzę. Chyba też jestem zmęczona.

 

Dla równowagi jeszcze jeden dobry news. Jesteśmy na drugim miejscu listy rezerwowej przedszkolaków. Oznacza to, że wystarczy, by rodzice dwójki dzieci zrezygnowali z naszego przedszkola a Madziuta wskakuje na miejsce jednego z nich:)



czwartek, 22 sierpnia 2013
O tym i o tamtym marudzę sobie

Od poniedziałku całymi dniami łażę po domu i sprzątam i uwierzcie mi, nic nie widać. Najbardziej denerwuje mnie kuchnia. Rano wypucowana do błysku, po obiedzie wygląda, jakbym gotowała dla pułku wojska i to w pośpiechu. A jeszcze Madziuta ma ostatnio jakąś fazę na rozlewanie i wysypywanie. Ledwo zdążyłam umyć podłogę i ściany po rozlanym kakao, buch wylała mi kawę. Jak to możliwe, że połowa małej filiżanki jest w stanie zalać cały stół i spory kawał podłogi? I że okruchy z jednego małego herbatnika znajdują się na całej kanapie, podłodze i Klusce?

Moje dziecko naprawdę wierzy, że kładąc mi się na plecach, podczas gdy zamiatam, pomaga mi. Zdaje się, że nie wyczuła ironii gdy ją kiedyś pochwaliłam za taką pomoc ;)

Żeby napisać coś więcej o Madzi, mogłabym skopiować poprzednią notkę i tylko w miejsce mówi i gada wkleić jęczy i płacze. Powiedzmy, że już drugi dzień jest jakby lepiej, ale ostatnie trzy tygodnie to był jakiś koszmar. Wszystko było w stanie ją zdenerwować. Małż twierdzi, że to taki etap. Najgorsze jest to, że na mnie takie jęczenie i wymuszany płacz działają jak płachta na byka. Już rozważałam zakup tabletek uspokajających, bo doszłam do wniosku że lepiej się naćpać niż wydzierać na dziecko.

Czuję już koniec lata. Wiem, że wrzesień może być jeszcze ładny i ciepły, ale nie będzie już gorących poranków ani tej masy turystów włóczących się po Gdyni. I mimo że upały dawały mi się w tym roku mocno we znaki, a turyści jak zwykle działali na nerwy, to dla mnie są to jednak wyznaczniki tej pory roku. Żeby ratować resztki poczucia lata, wysłałam przed chwilą małża z Madziutą na wieczorny spacer. Niech pooddychają jeszcze trochę letnim powietrzem, żeby i ich przypadkiem nie dopadła jesienna melancholia:)



niedziela, 14 lipca 2013
Ciągle gada

Cały czas nawija. Buzia jej się nie zamyka. Serio! Ileż można? Mówi przy jedzeniu, mówi podczas zabawy, mówi na spacerze, mówi siedząc na nocniku, mówi nawet gdy myję jej zęby!!! Powiecie, że powinnam się cieszyć, a nie narzekać? I cieszę się, naprawdę. Tylko czasami nie wyrabiam, bo nie słyszę własnych myśli od tego ciągłego trajkotania. Ale się cieszę.

Bo to potrafi być nawet słodkie i rozkoszne, kiedy chodzi i gada do swoich zabawek. Mówi np. takiemu miśkowi „musis być gzecny i musis uwazać zeby się nie psewrócić” albo króliczkowi „wsystkie dzieci jus śpią wies królicku?”. Wtedy to mogłabym chodzić za nią i słuchać godzinami.

Niestety gorzej się robi gdy zaczyna nawijać do mnie, bo nie wystarcza jej zwykłe potaknięcie typu ”tak” lub „mhm”. Ona wymaga potwierdzeń w postaci co najmniej powtórzenia większej części jej wypowiedzi, a najlepiej dodania czegoś od siebie. No i jeszcze te pytania. Do niedawna sądziłam, że „Co to jest wybranka?”, „Gdzie mieszkają dinozaury?” albo „Jak robią łosie?” to te trudne. Ale dwa dni temu usłyszałam „Kto zbudował tą Madzię?” i szczena mi opadała. A jak jej odpowiedziałam, że mamusia i tatuś to zapytała „z czego”? Ja pierniczę. Myślałam, że na pytania takiego kalibru mamy jeszcze czas.

Potrafi powiedzieć wszystko. Buduje zdania wielokrotnie złożone. Co dzień nas zaskakuje i kładzie na łopatki jakimś stwierdzeniem. Ale za to czasowniki, które tworzy potrafią przyprawić o ból zębów. Jechamy, dawam, wezłam, boiłam się, włażam (wkładam). To te najbardziej drastyczne. No ale dzięki takim kwiatkom jest przynajmniej jakiś efekt komiczny tego ciągłego gadania.

A jutro jedziemy do teściów i przez najbliższy tydzień będzie nawijała do kogoś innego :)

niedziela, 16 czerwca 2013
Projekt wakacje 2013 - start

Podróżowanie z małym dzieckiem nie jest niemożliwe, ale z całą pewnością uciążliwe. Większość rodziców co prawda decyduje się na takie przedsięwzięcie, i wielu z nich twierdzi nawet, że to fajna sprawa, jednak małż i ja jesteśmy tak wygodniccy, że nawet ilość gadżetów niezbędnych w takiej podróży nas przeraża. A co dopiero Madzia jęcząca przez całą drogę, bo nie znosi jeździć samochodem? Dlatego zdecydowaliśmy, że najdalszym miejscem w jakie się tego lata wybierzemy będzie Ostróda, bo tam mamy teściów. Drogę do nich znamy, w dodatku jest prosta jak drut, co dla mnie ma spore znaczenie, bo za kółkiem nadal nie czuję się zbyt pewnie.

Aby jednak lato nie było nudne i monotonne postanowiliśmy, że zapewnimy Madzi atrakcje w najbliższej okolicy. W piątek zaliczyliśmy pierwszy z listy zaplanowanych wypadów czyli wycieczkę po okolicznych wioskach. W ciągu kilku godzin Madzia widziała strusie, została doprowadzona do łez przez kozę, siedziała na „dinozałku” i pogłaskała wypchanego borsuka. Była szczęśliwa jak gwizdek. A najlepsze jest to, że gdy na te wszystkie atrakcje, na które wcześniej pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi, spojrzeliśmy oczami naszego dziecka, to i nam sprawiły one frajdę. Dla niej wszystko jest nowe. Nawet spotkanie ślimaka to przygoda:)

Niestety pogoda spłatała nam małego figla i dopadł nas deszcz, a mądra mamusia założyła dziecku na tę wyprawę tenisówki. Co prawda mądra mamusia miała zamiar zabrać drugie buty na zmianę, ale odwiódł ją od tego mądry tatuś, stwierdzeniem że przecież w deszczu spacerować nie będziemy. No cóż, w deszcze może nie, ale po mokrej trawie już tak. To wystarczyło aby Madzia przemoczyła buty. I prawdopodobnie dlatego wczoraj miała temperaturę a dziś katar. Na szczęście nic po niej nie widać, ma nawet więcej energii niż zwykle i cały czas wspomina zwierzątka i "dinozałki". Tak więc wycieczkę uważamy za udaną i już planujemy kolejną.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17