RSS
piątek, 28 marca 2014
Ufff

Madzia poszła dziś do przedszkola bez marudzenia i płaczu. Obudziła się rano i zapytana dlaczego tak wcześnie zaczyna się rozbierać, powiedziała, że musi wstać wcześniej żeby wcześniej pójść do przedszkolka. Wymieniliśmy z małżem powątpiewające spojrzenia i zestresowani czekaliśmy na rozwój wypadków i pierwsze oznaki buntu. Madzia tymczasem cały ranek opowiadała coś o pewnej dziewczynce z przedszkola, i tylko przed samym wyjściem miałam serce w gardle, bo była bardzo milcząca gdy się ze mną żegnała. Ale już na klatce zaczęła coś świergotać do małża i dalej poszło z górki:)



czwartek, 27 marca 2014
Przedobrzyłam

W zeszłym tygodniu Madzia znów zaczęła chodzić do przedszkola. Po trzech dniach popłakiwania i marudzenia zaczęło być naprawdę dobrze. Wyjście do przedszkola traktowała jako rzecz oczywistą i tylko lekko przeciągała rozstanie z tatą w szatni. Mieliśmy wszystko przemyślane i opracowany każdy szczegół. Małż ją zaprowadzał, bo z nim łatwiej jej się rozstać, a ja odbierałam, zawsze z jakąś niespodzianką. Było dobrze.

Dziś, ponieważ miałam zawieźć małża do pracy, bo przez to zaprowadzanie małej stale się spóźniał, pomyślałam, że to głupio, że oni we dwójkę idą a ja po kilku minutach podjeżdżam samochodem. No i postanowiłam zawieźć ich do przedszkola. Niestety, rozstanie ze mną po wyjściu z samochodu okazało się dla dziecka za trudne. Dawno nie widziałam jej tak płaczącej. Kilkakrotnie wchodziła z małżem do przedszkola, po czym wybiegała krzycząc „mamusiu”. Nie pomagały żadne argumenty. Musiałam ją zabrać do domu.

Przez te wszystkie dni kiedy ona była w przedszkolu, ja miałam ciągle jakieś sprawy do załatwiania i nawet przez chwilę nie poczułam wolności. Dziś miał być pierwszy dzień, kiedy miałam zostać w domu. Może nie leżeć i pachnieć, a raczej sprzątać, prać i gotować, ale jednak w domu, a to dla mnie najlepszy odpoczynek. Tymczasem siedzę z Madziutą i z jednej strony nie mogę przestać się na nią złościć, a z drugiej wzruszam się jak pyta po raz n-ty czy jeszcze się martwię albo smucę, przez to że nie poszła. A do tego jeszcze próbuję zwalczyć rozpoczynającą się migrenę, bo pod tym przedszkolem oczywiście nie wytrzymałam i poryczałam się razem z nią.

Ale nie tego straconego dnia mi szkoda. Jestem wściekła, że poczułam się zbyt pewnie i zmieniłam coś co świetnie działało i nie potrzebowało żadnych ulepszeń. Boję się, że teraz mała będzie codziennie urządzać takie sceny, by zostać w domu.



poniedziałek, 10 marca 2014
Maraton migrenowy

Od poprzedniego weekendu do wczoraj miałam 4 migreny. Nie wiem, ile tabletek zażyłam, ale można to już chyba liczyć w dziesiątkach. Tylko wczorajszej nocy łyknęłam 4,5. A ten wczorajszy ból to tak trochę na własne życzenie sobie zafundowałam. Wiedziałam przecież, że płacz zawsze wywołuje u mnie migrenę. I spodziewałam się, że „Tajemnica Filomeny” to film z tych płaczliwych. Szłam do kina z mocnym postanowieniem, że będę twarda i że będę panować nad emocjami pod koniec filmu. Ale tu jak na złość już na początku walnęli taką scenę, że nie wytrzymałam. No i z kina wyszłam z mega bólem. Małż doszedł do wniosku, że tylko do oglądania horrorów się nadaję. Najgorsze jest to, że ten ból zepsuł nam kolejny już wieczór. A weekendowe wieczory są przecież szczególnie cenne. Nie wiem jak małż ze mną wytrzymuje. Ciągle coś mi dolega. Ja nie paluszek to główka. A do tego jeszcze przeziębienie.

Za to dziś, gdy w końcu jestem na chodzie, nadrabiam zaległości czyli przede wszystkim wypełniam pity dla wszystkich krewnych i znajomych. A w przerwach chodzę na spacerki na niby, bawię się na wyimaginowanej plaży i czytam bajki. Córka dba abym się nie przepracowała:)



czwartek, 27 lutego 2014
Nowe doznania

Jeszcze wczoraj, gdyby ktoś zapytał mnie o najbardziej bolesne doświadczenie, bez wahania wymieniłabym poród i leczenie kanałowe dolnej szóstki. Dziś mogę dodać przytrzaśnięcie palca klapą od bagażnika samochodu, po którym byłam bliska zwymiotowania i utraty przytomności. Aby doczłapać się na trzecie piętro do mojego mieszkania musiałam dwukrotnie przysiadać na schodach. Po przekroczeniu progu domu byłam w stanie jedynie zasiąść na podłodze w przedpokoju. Pewnie bym się tam nawet położyła gdyby nie pewna upierdliwa czwórka: Kluska liżąca mnie po twarzy, Madzia zadająca pytania i usiłująca mnie przytulić, mama powtarzająca w kółko „O Boże” i małż, który proponował pomoc w przetransportowaniu mnie na łóżko, jakby mi nie było wszystko jedno, gdzie zemdleję.

Zaczynam podejrzewać, że jestem bardzo mało odporna na ból, skoro miałam takie przeżycia tylko z powodu palca.



czwartek, 13 lutego 2014
Szczyt roztargnienia i dlaczego czasem warto późno kłaść się spać

Ponieważ Madzia ma ostatnio bunt jedzeniowy, na wczorajszy obiad musiałam jej przygotować parówkę, którą jeszcze toleruje, z papryką którą niezmiennie uwielbia i z nadzieją, że ugryzie choć kawałek chlebka. Pokroiłam więc paprykę, włożyłam na talerz i czekając aż podgrzeje się parówa, postanowiłam nakarmić również Kluskę. Wyjęłam puszkę z jej jedzeniem i... wrzuciłam garść Kluskowych kulek na talerz Madzi, tuż obok papryki :)

Również wczoraj, gdy około północy wyjrzałam przez okno zobaczyłam stadko dzików. Nie byłoby w tym nic specjalnego, bo dziki to u nas normalka, gdyby nie fakt, że była to locha, która leżała sobie na środku trawnika i karmiła swoje małe. A po wszystkim 6 włochatych świnek przebiegło gęsiego między zaparkowanymi samochodami i pobiegło za swoją mamą do lasu. Coś pięknego.



piątek, 07 lutego 2014
Kocham mojego męża

W zeszłym tygodniu małż miał robioną kolonoskopię. Oszczędzę Wam opisu, co było tego przyczyną, bo sama nie znam dokładnie wszystkich objawów. Małż przedstawił mi je bardzo oględnie, bo jest to temat dość osobisty a my pomimo 6 lat małżeństwa i 13 znajomości nie jesteśmy jeszcze na etapie sikania czy puszczania bąków w swojej obecności, więc i rozmowy o kupie nie przychodzą nam bez skrępowania :) W każdym razie to co mi powiedział w połączeniu z wujkiem Googlem i moją skłonnością do przesadzania i panikowania wystarczyło, abym podejrzewała najgorsze. Ostatnie tygodnie były więc dla mnie koszmarem. Żebyście wiedzieli ile Zdrowasiek zmówiłam, ile wizyt w kościele odbyłam i ile w tym kościele naobiecywałam. Tak wiem, jak trwoga to do Boga. Ja akurat zawsze byłam praktykująca, ale jak pojawiła się trwoga to zarówno ilość jak i jakość tych praktyk znacznie wzrosły.

Nie mamy jeszcze wyniku badania histopatologicznego, więc nie napiszę co wyszło. Nie jest to na szczęście to, czego się obawiałam. Tak więc mimo że choroba prawdopodobnie i tak jest dość poważna i wymaga długiego leczenia, odetchnęłam z ulgą.

Cała ta sytuacja uświadomiła mi, nie tyle ŻE, bo to akurat wiedziałam, ile JAK BARDZO kocham mojego męża i jak bardzo lubię swoje życie. I nic bym w nim nie zmieniła. Ani w życiu, ani w mężu. Mimo że często wkurza mnie niemiłosiernie, jest niedomyślny, flegmatyczny, za dużo siedzi przy kompie, a kwiaty kupuje tylko „z okazji”. Pomimo tych wad, jest cudownym człowiekiem, jest inteligenty, ma mój ulubiony rodzaj poczucia humoru, kocha zwierzęta (ludzi trochę mniej, ale pustelnik też musi mieć swoje miejsce w świecie), można się z nim wybrać do teatru i na koncert szant. Można z nim oglądać niskobudżetowe horrory bez obawy, że zostanie się wyśmianym, jak również ambitne filmy, bo on tylko udaje, że ich nie rozumie:) Możemy wspólnie zachwycać się naszym psem i prześcigać w wymyślaniu złośliwości na temat Madziuty, gdy nas zdenerwuje:) A co najważniejsze, zawsze mogę liczyć na jego pomoc, tylko czasem muszę się o nią upomnieć:) Ale to już wina wspomnianej wyżej niedomyślności i gapowatości.

Przez te ostatnie dni dojrzałam też do decyzji o kolejnym dziecku. Jeszcze nie teraz, ale na pewno chcę je mieć. Głupio by było gdyby jedynym powodem rezygnacji z czegoś tak ważnego był strach przed porodem. Zresztą wiem, że dam radę, bo małż będzie przy mnie.



czwartek, 02 stycznia 2014
Jupiiii! Nowy Rok!

No nareszcie. 2013 się skończył. Poszedł w cholerę, mam nadzieję, że wraz z pechem, który nam towarzyszył. Od wczoraj jestem pełna optymizmu i choć od dawna nie robię noworocznych postanowień, to jednak co jakiś czas dopadają mnie myśli o tym, co chciałabym osiągnąć i co mogłoby się udać. Na wszelki wypadek nie mówię o tym głośno, by później nie pluć sobie w brodę, że czegoś nie zrealizowałam.

Dużo radości i spokoju. Niech Wam się ten rok układa tak jak byście chcieli.



wtorek, 24 grudnia 2013
Wesołych Świąt

Życzę Wam Moi Drodzy Radosnych i Spokojnych Świąt.

Aby nikt Was w te dni nie zdenerwował. A nawet jeśli zrobi to ktoś z Waszych bliskich, nie zapominajcie, że i tak go kochacie. Jeśli nie zdążycie zrobić jakiejś potrawy, uszy (a raczej uszka) do góry, macie jeszcze 11 innych. Coś się przypaliło? Nic nie szkodzi. Smak śledzi zabije wszystko:) Szkoda, że nie ma śniegu? Pomyślcie o tych, którzy w te święta wybierają się w daleką podróż samochodem. Dla nich to lepiej. A może nie zdążyliście umyć okien? Spokojnie, nikt nie będzie patrzył przez okna, bo bez śniegu na zewnątrz jest szaro i buro.

Pamiętajcie, nie musi być idealnie. Bo idealnie znaczy nudno:)



czwartek, 19 grudnia 2013
Nie jestem gwiazdą

Wiecie na czym polega różnica między gejem a pedałem? Albo ekscentrykiem i zwykłym dziwakiem? Znalazłam kolejne takie zestawienie. Jakiś czas temu przeczytałam o cudownych właściwościach olejku arganowego i o tym, że do pielęgnacji włosów stosują go m.in. Salma Hayek, Penelope Cruz czy Kim Kardishan. Nabyłam więc olejek, by choć trochę poczuć się jak jedna z gwiazd. Tylko, że o ich włosach mówi się, że są lśniące, a o mnie dzisiaj można było jedynie powiedzieć: poszła baba z tłustymi włosami:/

Ale do pielęgnacji skóry polecam.



środa, 18 grudnia 2013
Piernikiem w pecha

Postanowiłam, że nie poddam się pechowi. O naprawie samochodu pomyślę w przyszłym roku a w tym już nic złego mnie nie spotka. Przecież idą święta. Nastrój świąteczny zapanował u nas na dobre. Wczoraj piekłyśmy z Madzią pierniczki. Ona pomagała mi w wykrajaniu kształtów, a ja ani razu się na nią nie wkurzyłam:) No dobra, raz, ale nie dałam tego po sobie poznać. A dziś robiłyśmy pierogi. Tu możliwości pomocy ze strony Madzi były raczej okrojone, ale ona nawet tego nie zauważyła, bo była zajęta swoim kawałkiem ciasta i mąką. Po wszystkim wyglądała jak córka młynarza, a Kluska miała mąkę nawet na rzęsach, bo przez cały czas siedziała pod stołem. Nauczona doświadczeniem liczyła na spadkowe. Magdzie oczywiście spadało, ale tylko surowe ciasto. Klucha może i tym by nie pogardziła, ale ponieważ ostrzegłam córkę, że piesek nie powinien konsumować surowego ciasta, to za każdym razem gdy jej upadło, dawała tak szybkiego nura pod stół, że wyprzedzała Kluskę. Wieczorem zaś ubieraliśmy choinkę. Musiałyśmy z Madziutą poczekać, aż małż wróci z pracy, bo prosił byśmy bez niego nie zaczynały. Koniecznie chciał patrzeć na radość córki. Zwykle przy takich przedsięwzięciach bywa u nas nerwowo, bo my obie jesteśmy choleryczki. Tymczasem dziś ani razu się nie wnerwiłam, mała ani razu nie rozpłakała i o dziwo nie zbiliśmy ani jednej bombki, mimo że Madzia chcąc rozbujać jedną z nich na gałązce, pierdyknęła ją z liścia tak, że przefrunęła przez pół pokoju (bombka, nie Madzia). Ponieważ dziecię nasze nie należy do tych, którym można dyktować gdzie mają wieszać bombki, efekt końcowy odbiegał dość mocno od norm estetycznych. Większość ozdób, pogrupowana kolorystycznie, znajdowała się na dolnych gałęziach:) Ale warto było. Dla tego uśmiechu na jej buzi, dla podskoków z radości i dla ochów przy każdym otwieranym kartonie z bombkami. A gdy zasnęła, zabrałam się za poprawki i teraz choinka wygląda jak należy:)



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17