RSS
środa, 31 października 2012
Przewrażliwiona mamuśka

Mam wyjątkowy dar do przekładania szczepień mojej córki. Nie żebym była ich przeciwniczką, ale potwornie boję się ewentualnych powikłań (wina wujka googla i mojej dociekliwości) i skrupulatnie pilnuję, aby mała była idealnie zdrowa do każdego szczepienia. No i weźmy np. takie pneumokoki. Najpierw długo się zastanawiałam czy w ogóle małą szczepić. Niby wiedziałam, jakie to świństwo i jakimi grozi powikłaniami, ale jakoś tak ciągle odkładałam decyzję o szczepieniu. W końcu jednak dorwałam się do jakiejś ulotki, gdzie wszystko to, o czym wiedziałam, zostało zebrane w jednym miejscu i poparte przykładami i zdecydowałam, że szczepimy i to na gwałt. Na pierwszy termin Madzia była zapisana w sierpniu, ale złapała strasznego wirusa, trzeba było przełożyć. Kolejny mieliśmy na początku października. Madzię dopadł mega katar. Nie było mowy o szczepieniu. Dziś był trzeci termin. Przez ostatni tydzień chuchaliśmy na małą i obchodziliśmy się z nią jak z jajkiem. W domu nosiła dwie pary skarpetek, coby nie zmarzła w nóżki, na dwór ubieraliśmy ja ciepło, ale pilnowaliśmy też, by się nie spociła. Wczoraj nawet jej z domu nie wypuściłam, mimo że chodziła i „dada” się domagała. Wszystko wskazywało na to, że dziś będzie ten wielki dzień.........

Rano Madzia kichnęła. Dwa razy. Odnotowałam, ale machnęłam ręką. Do przychodni zabraliśmy babcię do pomocy. Wiadomo samochód, parkomat, stos ciuchów, co 4 ręce to nie 2. No i moja mama już w samochodzie, siedząc obok wnusi swej i zabawiając ją, bo wnusia za autem nie przepada, oznajmiła mi niby tak mimochodem, że wnusia jakaś taka ciepła. Myślę se ja, dwa kichnięcia i ciepłe rączki choroby nie czynią. Ale dla spokojnego sumienia podzieliłam się tymi informacjami z panią doktor, przekonana, że zostanę wyśmiana i po raz kolejny uznana za przewrażliwioną mamusię. Ale pani doktor, zamiast przewrócić oczami i popukać się w czoło, postanowiła dziś mamusię zaskoczyć i stwierdziła, że mimo iż osłuchowo jest czysto i że temperaturę mamy tylko 36.8, to jej się Madzia też jakaś dziwna wydaje, że niby to po oczach widzi. Nosz w mordę no. Przecież przy moich fobiach i przekonaniu, że nic nie dzieje się bez powodu, skłonna jestem uznać, że widocznie nie mamy być na te pneumokoki zaszczepieni. Ale na razie spokojnie, jeszcze trochę się wstrzymam. Czwarty termin mamy na przyszłą środę. Mam tylko nadzieję, że dziś to jej tę chorobę wmówiłyśmy i nic się do środy nie rozwinie.

piątek, 26 października 2012
O Madzi słów kilka

Zacznę od siebie. Nadal siedzę z Madziutą w domu. Chyba potrzebuję jakiejś mobilizacji do szukania pracy. Czekam aż małż się wkurzy i wygoni mnie do roboty, ale na to się nie zanosi. On cały czas utrzymuje, ze przecież pracuję tak samo ciężko jak on, i nie wydajemy na opiekunkę tudzież żłobek, więc też zarabiam. Moje marzenia o tym, że wrócę do starej firmy legły w gruzach gdzieś tak w maju, gdy okazało się, że moja szefowa też odchodzi, bo po prostu nie ma tam już dla naszego działu pracy. Firma zamyka kolejne sklepy, pracownikom, których jeszcze nie zwolniła, nie wypłaca pensji no i generalnie jest już bliska końca.

Ale nie o tym miało być. Na początek fotka.


Urosła nam Madziuta i to bardzo. Wzrostem przewyższa niektóre 3 latki. Nie jestem z tego powodu jakoś mocno zachwycona, bo po pierwsze wygląda na starszą, a to dzidzia jeszcze jest pod każdym względem, a po drugie sięga wszędzie bez problemu. Stół w kuchni nie jest już dla nie żadnym wyzwaniem, więc muszę bardzo pilnować, żeby nie leżały na nim żadne noże. Mam nadzieję, że Madzia w końcu przystopuje i energię którą zużywała na rośnięcie, spożytkuje teraz na przykład na rozwój mowy, bo z tym mogłoby być u niej lepiej. Ma w repertuarze wszystkie możliwe odgłosy zwierzątek, jakie tylko oboje z małżem znamy. Ma magiczne słówka „ap” lub „apa” oznaczające każdą możliwą zmianę pozycji. „Apa” oznacza więc, że Madzia chce na rączki, że chce gdzieś wejść, albo zejść, że mama ma usiąść, albo przesiąść się z krzesła na kanapę. Jeszcze wiele innych czynności kryje się za tymi słówkami. W użyciu jest też „am”, „aaa” i „a a”, czego chyba tłumaczyć nie muszę. Wkurza mnie, że picie to też jest „am”, więc nigdy nie wiem o co się dziecko dopomina. Poza tym na chodzenie mówi „tuputupu”, i gdy chce żebym gdzieś z nią poszła, to zamiast chodź też mówi „tuputupu”. Na każde pytanie ile odpowiada „tsi”. Ma więc Madzia „tsi” latka, „tsi” rączki, „tsi” nóżki i IQ też ma „tsi”: ) Kluska i wszystkie inne pieski to „łała”, ale np. pies to już jest „ła”. Podobnie jest z kotkiem. Kotek to „nienie” (ktoś ma pomysł jak ona to wymyśliła?) a kot to „nień” :)

Pamiętacie nasze problemy z zasypianiem? Troszkę się zmieniło na lepsze, tzn. nie muszę już Madzi nosić. Wystarczy, że się obok niej położę, ale niestety nadal muszę to być ja. Madzia ma też jeden bardzo mnie denerwujący nawyk. Aby zasnąć musi mnie trzymać za szelkę od stanika lub podkoszulki. Nie pamiętam, kiedy jej się to zaczęło, ale trwa już bardzo długo. Czasem tylko sobie trzyma lub delikatnie przebiera paluszkami, wtedy potrafi to być nawet całkiem przyjemne, bo smera mnie przy tym tak fajnie. Ale często szarpie nerwowo, nie może się zdecydować, która szelka lepsza, drapie mnie przy tym i wkurza niemiłosiernie. Dla niej jest to chyba jakiś sposób na wyciszenie, bo czasem podchodzi do mnie w ciągu dnia i też dobiera się do szelki. Potrzyma sobie przez chwilę, a później zmyka się bawić. W nocy, gdy się przebudzi, też oczywiście musi mieć mamę i szelkę. Tak więc jestem uziemiona i żadne wieczorne wyjście na razie nie wchodzi w grę. W ciągu nocy Madziuta budzi się rzadziej, a to zasługa tego, że śpi w naszym łóżku. Nie jest to może wygodne rozwiązanie, ale i tak lepsze niż wstawanie kilka razy w ciągu nocy, usypianie jej i odkładanie do łóżeczka. Zdarzają się noce, że jesteśmy mocno poturbowani, bo Madzia kopie (zazwyczaj małża) i wali głową gdzie popadnie (zwykle w moją głowę). Sypia w przeróżnych konfiguracjach, często w poprzek. A łóżko ma tylko 140cm szerokości. Dodajcie do tego Kluskę, która też z nami sypia i oczywiście musi spać jak najbliżej pani lub pana. Zaczynam podejrzewać, że w jakiś magiczny sposób jej ciało na czas nocy wydłuża się, bo obojętnie z której strony próbuję wyprostować nogi, zawsze trafiam na nią. Ale jak już mówiłam, nie jest źle, byle tylko dziecię nie budziło nam się z wrzaskiem (bo taki okres też mamy za sobą - mam nadzieję, że za sobą). Powiem więcej, bywa nawet przyjemnie i często zabawnie:)

Dużo się tego zrobiło. Resztę zostawię na następną notkę:)

środa, 17 października 2012
Ulubione seriale

Dość długi czas temu zostałam nominowana do udziału w pewnej zabawie. Amebo, pamiętasz? Ja nie zapomniałam. Seriale uwielbiam, więc chętnie wywiążę się z zadania i z przyjemnością napiszę o kilku swoich naj. Kiedyś nawet uważałam się za serialoholiczkę. Siedzenie przed telewizorem pochłaniało mi naprawdę mnóstwo czasu. Dlatego od wielu lat, staram się oglądać jak najmniej, żeby znów się od żadnego nie uzależnić.

Hoży doktorzy. Ostatnio mój number 1. Za niebanalny, często absurdalny humor. Za złośliwości. Za szalonych bohaterów. Przy każdym odcinku, zastanawiamy się z małżem, który z nich jest najbardziej porąbany i zazwyczaj wychodzi na to, że wszyscy są stuknięci po równo:) Oglądając ten serial, nie można się nie śmiać. Ale absolutnie nie jest to głupkowata komedia. Wg mnie jest piekielnie inteligentny. Ja potrzebowałam trochę czasu zanim się do niego przekonałam, ale jak już załapałam, to na dobre.

Ally McBeal. Za ciekawe, wyraziste i pokręcone postaci. Za Vondę Shepard. Za niespodzianki w postaci Barrego White'a czy Tiny Turner. Najbardziej lubiłam Richarda, za bezpośredniość i złośliwość, a nie przepadałam za Billym, który był wg mnie nijaki, na tle pozostałych postaci.

Z archiwum X. Miałam kiedyś ogromnego bzika na punkcie tego serialu. Chyba  żaden inny nigdy mnie tak nie wciągnął. Oglądałam wszystkie możliwe powtórki nawet w językach, których nie znałam. W zasadzie nie wiem dlaczego, bo teraz już mnie raczej nie kręci. Zawsze pilnie śledziłam relacje między Mulderem i Scully i nigdy nie mogłam się zdecydować, czy chciałabym aby byli razem czy nie:)

Przystanek Alaska. Bardzo przeze mnie kiedyś ukochany. Za niepowtarzalny klimat. Za magię. Za oryginalne postaci. Wszystkich tam uwielbiałam tak samo. Oglądaliście? Pamiętacie Eda? Albo Chrisa o poranku? A Marilyn, która prawie nigdy nic nie mówiła? Ehh jak fajnie powspominać. To leciało chyba w piątki wieczorem. Zasiadałam przed telewizorem, przenosiłam się do Cycely na Alasce i nie wolno było się do mnie odezwać:) Uwielbiałam głos lektora. Idealnie tam pasował.

Mogłabym tak jeszcze długo. Muszę choćby wspomnieć o "Dwóch i pół", "Przyjaciołach", „Wszyscy kochają Raymonda” czy "Świecie wg Bundych".

Ale na koniec zostawiłam coś o czym chyba już kiedyś wspominałam, z czego dumna nie jestem, ale ponieważ obecnie oglądam regularnie, więc przyznać się muszę. Julia. Połączenie Dynastii z serialem brazylijskim. Mówię Wam, co tam się dzieje. Jest i syn gej, i odnaleziony po latach nieślubny syn. Teraz tylko czekam na jakieś porwanie przez ufo. A to wszystko dzieje się w Krakowie:) Naprawdę jest mi trochę głupio, bo z początku oglądałam go, żeby się ponabijać, ale teraz jestem autentycznie ciekawa każdego kolejnego odcinka. A wiecie co jest najlepsze? Że małż też się wciągnął:D Codziennie przed pracą je śniadanie oglądając Julię, a jak nie uda się rano, to wieczorem oglądamy na necie:D Tłumaczę to sobie tym, że my po prostu po intensywnym dniu potrzebujemy czegoś naprawdę bardzo mało ambitnego, by móc się zrelaksować. Ale chyba trochę naciągane to tłumaczenie:/

Nie nominuję nikogo innego, bo zdaje się, że zabawa jest już lekko przeterminowana :)

niedziela, 14 października 2012
Pojawiam się

Chciałabym napisać, że wracam, ale ostatnio sobie nie ufam. Już przy poprzedniej notce obiecałam Wam, że wkrótce coś napiszę i nic z tego nie wyszło. Wstyd mi teraz okropnie, bo zawsze uważałam, że takie rzucanie słów na wiatr to przejaw braku szacunku wobec osoby, której coś się obiecało. Oczywiście mogłabym teraz zacząć się tłumaczyć, brakiem czasu, zmęczeniem, Madziutą itp., ale tak naprawdę to nic mnie nie usprawiedliwia.

W każdym razie żyję, zresztą wiecie, że żyję, bo jak tylko mogę to staram się zostawiać jakieś ślady na Waszych blogach. Odwiedzam Was mniej lub bardziej regularnie. Często wpadam do Was i hurtem nadrabiam zaległości. A czasem jeden wpis czytam w kilku kawałkach, bo na przykład w połowie czytania moje dziecko ma jakąś sprawę nie cierpiącą zwłoki albo muszę przerwać, by zdjąć je ze stołka/samochodu/oparcia kanapy itp. Nie zawsze udaje mi się zostawić komentarz, bo czasem mam na kolanach świeżo zdjętą ze stołka/samochodu/oparcia kanapy Madziutę, a wtedy ona też próbuje się dopisać.

W każdym razie miło mi bardzo, że jeszcze do mnie zaglądacie. Niczego nie obiecuję, ale postaram się zmobilizować. Temat na następną notkę już mam :)