RSS
czwartek, 28 października 2010
Wróciłam
Długo zabierałam się za napisanie tej notki, ale najpierw nie było czasu (jak to na urlopie:)), a później dopadło mnie kilka migren, które ograniczyły moje funkcjonowanie do prób przetrwania w pracy i spania po niej.

Wyjazd był bardzo intensywny. Zwiedziliśmy Gironę (jest piękna, polecam) i Barcelonę. Udało nam się zobaczyć prawie wszystkie ważniejsze atrakcje Barcelony, o których piszą przewodniki. Niestety tylko z zewnątrz, ale od razu założyliśmy, że czasu jest zbyt mało na jakiekolwiek zagłębianie się. Albo Barcelona jest tak mała, albo my mieliśmy dużo szczęścia, bo kilka tras opisanych w przewodniku zrobiliśmy bezwiednie, dowiadując się o tym dopiero wieczorem w hotelu, gdy planowaliśmy następny dzień:) To co zawsze będzie mi się kojarzyło z tym wyjazdem to uczucie pełnego pęcherza (nie macie pojęcia jak trudno jest znaleźć toaletę w Barcelonie) i bolących pleców (zawsze miałam słabe, ale teraz w ciąży dokuczają mi jeszcze bardziej). Jak widać mała nie dawała o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Piszę MAŁA, bo maleństwo to prawdopodobnie dziewczynka, czyli dokładnie tak jak chciałam. Nie mamy jeszcze całkowitej pewności, ale szukamy już imienia dla NIEJ, więc jeśli macie jakieś rozsądne i nieoklepane propozycje to bardzo prosimy o pomoc. Rozsądne czyli nie po staropolsku ale też nienowocześnie. Normalnie po prostu:)
Wracając do wyjazdu, chyba spodziewałam się po Barcelonie zbyt wiele albo może po prostu zbyt wiele wiedziałam o niej przed wyjazdem i właściwie nic mnie nie zaskoczyło. Gaudi robi wrażenie ale to nie moje klimaty. Najbardziej odpowiadały mi wąskie uliczki dzielnicy Barri Gotic (w której mieszkaliśmy), ale przede wszystkim wczesnym rankiem, gdy nie było tam jeszcze tłumów turystów. Podobnie jest z Ramblą, która najprzyjemniejsza jest gdy handlarze pamiątkami dopiero rozstawiają swoje stragany, a jedząc śniadanie w knajpce, przy sąsiednich stolikach spotkać można głównie miejscowych.
Podzieliliśmy się z małżem rolami podczas tego wyjazdu. Ja dbałam o stronę organizacyjną czyli o to abyśmy byli w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Małż natomiast organizował przyjemności czyli np. wybierał lokale w których jadaliśmy:) Muszę przyznać, że świetnie spełnił swoją rolę i znów miałam dzięki niemu bardzo przyjemne urodziny, które obchodziłam właśnie podczas wyjazdu:)

Muszę się jeszcze pochwalić naszym sukcesem z tego tygodnia. Udało nam się bezboleśnie (czytaj bez strat finansowych) wypisać z salsy. Ten kurs to był błąd przez duże B. Przede wszystkim ze względu na moją ciążę. No bo jak tu kręcić biodrami jak człowiek nie ma talii? Wyglądałam komicznie i czułam się komicznie. W momencie zapisywania byłam jeszcze płaska i nie przypuszczałam, że brzuszek urośnie mi w takim tempie. Poza tym widziałam jak bardzo małż męczył się na tym kursie. Przed każdym wyjściem na zajęcia jęczał i marudził. Za mało było tam tańca a za wiele kroków i figur. Pewnie z czasem by się to zmieniło, ale my nie wytrzymaliśmy. We wtorek, gdy udało nam się zrezygnować, myślałam że małż z radości zaniesie mnie do domu na rękach:)







piątek, 01 października 2010
W końcu piątek
Jeszcze 25 minut i weekend. Mam za sobą bardzo ciężki i stresujący tydzień w pracy. Sprawa, o której powinnam była zapomnieć w zeszły piątek, zakończyła się dopiero dziś rano. Cud, że nie osiwiałam i że mi oko nie lata. No bo przecież gdy przez tydzień każdego dnia 7 osób średnio 5 razy dziennie pyta człowieka o to samo, to można się jakiegoś tiku dorobić, no nie? Ale ja jestem twarda. Dałam radę. Mam teraz dodatkową moc pochodzącą z wnętrza brzucha:)
No a od dziś rozpoczynam odliczanie. Jeszcze tylko tydzień do urlopu. Tego jedynego, wyczekanego, o miesiąc przesuniętego:/  Wybieramy się z małżem do Barcelony. Co prawda tylko na 4 dni, ale dobre i to. Po drodze zwiedzimy jeszcze Gironę, podobno warto. Bilety lotnicze już mamy, nocleg w Gironie również, jeszcze tylko jakiś hotelik w Barcelonie musimy znaleźć. Mam nadzieję, że w ten weekend w końcu się zmotywuję i podejmę decyzję czy pozwolić sobie na coś droższego (w końcu to tylko 3 noce) czy też przemęczyć się bez luksusów (przecież to tylko 3 noce).

A może moglibyście polecić nam jakieś wyjątkowe miejsce w Barcelonie, które warto odwiedzić? Nie mówię o oczywistych sztandarowych atrakcjach z przewodnika, bo o tych wiem już wszystko i mam dokładnie zaplanowane zwiedzanie (biedny małż:-)), ale o takich, na które wpada się przypadkiem i o których istnieniu przeciętny turysta nie ma pojęcia. Będę wdzięczna za wszelkie sugestie.