RSS
środa, 28 sierpnia 2013
Dwie lewe ręce

Czy kąpiel w zupie pomidorowej ma jakieś właściwości odżywcze? Bo ja dziś takowej zażyłam i liczę, że nie na darmo. Podczas gdy moje dziecię pluskało się w tradycyjnej kąpieli, ja postanowiłam skonsumować zalegającą w lodówce zupę. Niestety zamiast zrobić to w sposób standardowy, oblałam się nią od szyi aż po kapcie. A ponieważ zupy było sporo, to wystarczyło jeszcze na podłogę, wnętrze lodówki, ściany, szafki i kuchenkę. Wrrr

Ostatnio wszystko wypada mi z rąk. Dopiero ten dzisiejszy incydent z zupą mi to uświadomił. Kilka dni temu zrzuciłam okulary na kafle w łazience. Niby nic im się nie stało. Jedna maleńka ryska. Dokładnie na środku prawego szkła!! Myślałam, że się przyzwyczaję, ale chyba jednak czeka mnie wymiana. Jeszcze wcześniej upuściłam telefon. Co prawda po małżu i nie żaden smartfon, ale jak dla mnie i tak full wypas. Teraz jest full of ryski na ekranie, bo spadł na beton.

Aha, i był jeszcze talerzyk u mojej mamy. To znaczy nadal jest, ale lekko wyszczerbiony. Ewidentnie coś jest ze mną nie tak.

Ale nie ma tego złego. Dzięki zupie mam już przynajmniej plany na czas jutrzejszej Madziutowej drzemki. Będę myła lodówkę. Bo dziś udało mi się jedynie doprowadzić ją do stanu, by przy otwieraniu pomidorówka nie rozchlapywała się na podłogę.

wtorek, 27 sierpnia 2013
Zmęczenie materiału

Gdy moje dziecko jest zmęczone zachowuje się jak kobieta z PMSem. W najlepszym wypadku marudzi, w standardowym wyje. Dziś przed kąpielą zaliczyliśmy klasyczny ryk. Zaczęło się od nie wiadomo czego. Płacz był taki, że orzekliśmy z małżem, że nie będziemy jej kapać, dopóki się nie uspokoi. Głównie dlatego, że i tak słyszał ją już cały pion. Gdybyśmy weszli do łazienki słyszałaby i sąsiednia klatka. Mamy to już sprawdzone. Życzliwi sąsiedzi pytali nas kiedyś czemu z Madzi taka płaczka, bo ICH córa tyle nie beczy. Tak, nie lubimy ich.

Ale wracając do tematu, gdy oznajmiliśmy jej, że ma się najpierw uspokoić, to darła się, że TERAZ chce się myć. Jak już zaczęła cichnąć i zamierzaliśmy ją wpuścić to łazienki, wymyśliła, że nie chce się kapać i dawaj kolejne kilka minut ryku. Moglibyśmy oczywiście odpuścić jej to mycie, ale pewna jestem bardziej niż daty jej urodzin (a pamiętam ten dzień BARDZO dokładnie), że gdybym tylko zaczęła ubierać ją w piżamkę, ona zaczęłaby domagać się kąpieli. I to głośno domagać. Ostatecznie jakoś dotarła do łazienki, a z wody wychodziła już zadowolona.

 

Ale, żeby nie było, że ostatnio tylko narzekam, to teraz troszkę pozytywów. Staramy się z małżem maksymalnie wykorzystywać ostatnie dni lata. W weekend udało nam się zaliczyć śniadanie na plaży i bardzo udany spacer z Madziutą i Kluską. Choć żałuję, że nie mogliśmy tych dwóch rzeczy czyli plaży i wyjścia z Kluską połączyć. Bardzo mi doskwiera zakaz wprowadzania psów na plażę, bo ja traktuję mojego psa jak członka rodziny, jak moje pierwsze dziecko i uwielbiam spędzać z nim czas (nawet bardziej niż z tym drugim). A plaża to jedno z moich ulubionych miejsc.

Ja rozumiem zakaz w ciągu dnia, bo dużo ludzi, dzieci, psy bywają różne, nie każdy je lubi itd. Ale mogliby go znosić w godzinach wieczornych, gdy plażowiczów już nie ma albo przynajmniej jest ich znacznie mniej. Mogliby tam wysyłać ze dwóch strażników miejskich skoro po 18 nie muszą już sprawdzać biletów parkingowych. Powinni dać radę. W końcu pilnowanie, by właściciele sprzątali po swoich pupilach to nie interwencja w mordobiciu na plaży.

Owszem mamy od jakiegoś czasu w Gdyni kawałek plaży udostępniony dla psów. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa i zamierzałam zabierać tam Kluchę regularnie, dopóki nie sprawdziłam na mapie, gdzie dokładnie się znajduje. Powiem tylko, że w tym roku nie udało nam się tam dotrzeć. Bo dojechać to jeszcze nie problem, ale iść potem spory kawał z małym dzieckiem to już tak.

No i wychodzi na to, że jednak marudzę. Chyba też jestem zmęczona.

 

Dla równowagi jeszcze jeden dobry news. Jesteśmy na drugim miejscu listy rezerwowej przedszkolaków. Oznacza to, że wystarczy, by rodzice dwójki dzieci zrezygnowali z naszego przedszkola a Madziuta wskakuje na miejsce jednego z nich:)



czwartek, 22 sierpnia 2013
O tym i o tamtym marudzę sobie

Od poniedziałku całymi dniami łażę po domu i sprzątam i uwierzcie mi, nic nie widać. Najbardziej denerwuje mnie kuchnia. Rano wypucowana do błysku, po obiedzie wygląda, jakbym gotowała dla pułku wojska i to w pośpiechu. A jeszcze Madziuta ma ostatnio jakąś fazę na rozlewanie i wysypywanie. Ledwo zdążyłam umyć podłogę i ściany po rozlanym kakao, buch wylała mi kawę. Jak to możliwe, że połowa małej filiżanki jest w stanie zalać cały stół i spory kawał podłogi? I że okruchy z jednego małego herbatnika znajdują się na całej kanapie, podłodze i Klusce?

Moje dziecko naprawdę wierzy, że kładąc mi się na plecach, podczas gdy zamiatam, pomaga mi. Zdaje się, że nie wyczuła ironii gdy ją kiedyś pochwaliłam za taką pomoc ;)

Żeby napisać coś więcej o Madzi, mogłabym skopiować poprzednią notkę i tylko w miejsce mówi i gada wkleić jęczy i płacze. Powiedzmy, że już drugi dzień jest jakby lepiej, ale ostatnie trzy tygodnie to był jakiś koszmar. Wszystko było w stanie ją zdenerwować. Małż twierdzi, że to taki etap. Najgorsze jest to, że na mnie takie jęczenie i wymuszany płacz działają jak płachta na byka. Już rozważałam zakup tabletek uspokajających, bo doszłam do wniosku że lepiej się naćpać niż wydzierać na dziecko.

Czuję już koniec lata. Wiem, że wrzesień może być jeszcze ładny i ciepły, ale nie będzie już gorących poranków ani tej masy turystów włóczących się po Gdyni. I mimo że upały dawały mi się w tym roku mocno we znaki, a turyści jak zwykle działali na nerwy, to dla mnie są to jednak wyznaczniki tej pory roku. Żeby ratować resztki poczucia lata, wysłałam przed chwilą małża z Madziutą na wieczorny spacer. Niech pooddychają jeszcze trochę letnim powietrzem, żeby i ich przypadkiem nie dopadła jesienna melancholia:)