RSS
czwartek, 19 sierpnia 2010
Ważny tydzień
Poniedziałek przyniósł nam bardzo pozytywne wieści o dziecku. Mały ludzik ma już rączki i nóżki a nawet nos:) Widziałam na własne oczy. Niesamowite uczucie.

A wczoraj minęły 3 lata od dnia, w którym mąż ślubował mi, że mnie nigdy nie opuści (także teraz nawet jak będę gruba - a brzuch mam już coraz większy - nie ma odwrotu). Ja niestety też musiałam mu to obiecać. Nie było możliwości zmiany, żadnych gwiazdek i dopisków małym drukiem. Nic. Ani to, że za dużo siedzi przy kompie, ani że prasować nie chce, nie daje mi podstaw do porzucenia. No trudno. Takie warunki umowy:)

A tak na poważnie, to nie mogę uwierzyć, że minęło już tyle czasu. Jeszcze welon wisi w szafie (teraz zastanawiam się po co go zostawiłam, ale wtedy nie mogłam się z nim rozstać) i dopiero niedawno wyrzuciłam ozdoby z bukietów jakie dostałam od gości. A tu się okazuje, że już od trzech lat budzimy się obok siebie. Już trzy lata zasypiam słuchając klikania jego myszki. A on już trzeci rok zmywa szklanki, które ja namiętnie brudzę:) Przez ten czas pozmieniały się troszkę nasze rytuały. Kiedyś weekendowe śniadania jadaliśmy słuchając szant, teraz oglądając seriale. Ale nadal weekendowe poranki są dla nas najważniejszą częścią tygodnia, bo możemy je spędzić razem, bez pośpiechu i stresów. Dużą zmianę przyniosło pojawienie się Kluchy, bo od tej pory część uwagi, którą dotychczas poświęcaliśmy tylko sobie nawzajem, zaczęliśmy poświęcać jeszcze jej.
A propos Kluski, to dziś mija rok od kiedy jest z nami. I nawet odrobinę nam nie spowszedniała. Mogę śmiało powiedzieć, że szalejemy za nią coraz bardziej:)

Tak więc mamy w tym tygodniu dużo powodów do radości i świętowania. Zaczęliśmy już we wtorek oglądając ślubne zdjęcia. Wczorajszy wieczór spędziliśmy w chińskiej restauracji a dziś... wszystko zależy od pogody, ale dziś jest dzień Kluskowy, więc na pewno to ona będzie w centrum wydarzeń:)
środa, 11 sierpnia 2010
Nie miała baba kłopotu, sprawiła sobie psa
Ależ ja miałam wczoraj nerwówkę przez cały dzień. Kilkanaście minut po 7 rano, kiedy to dopiero co zdążyłam rozsiąść się wygodnie w pracowym fortelu, małż zadzwonił z informacją, że Kluska nam zaniemogła. Że osowiała jest. I kuleje. No i cały dzień wisiałam na telefonie odbierając coraz to nowsze i coraz bardziej niepokojące meldunki od mojej mamy. Że nie szczeka, gdy ktoś po klatce chodzi. Że nie wita od progu. Tylko leży. I łapka ją boli. Tylna lewa. Nie, jednak przednia. Nie chyba obie. Tak obie. I ogon jakiś dziwny. I taka jakaś gorąca. Sto tysięcy myśli w głowie. Może cieczka będzie. Może coś z brzuszkiem. No ale co z tymi łapkami? Ona tam taka biedna, ja tu w pracy nic nie mogę zrobić, a weterynarz dopiero po południu. Ehhh. Weterynarz też do końca nie wiedział co jej jest, ale postawił na żołądek. Naszprycował malucha zastrzykami, kazał przegłodzić i chyba jest już dobrze. Dziś od rana mała zdała wszystkie testy zdrowotności, czyli przybiegła słysząc odgłos otwieranych drzwi balkonowych, zameldowała się gdy tylko wyjęłam ser z lodówki, a gdy małż robił pompki, gryzła jego uszy. Wszystko w normie. Ufff.
Aż się boję pomyśleć, jak będę się zamartwiać o dziecko, skoro ten mały futrzak kosztował mnie wczoraj tyle nerwów.