RSS
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Świat się kręci wokół Kluski

Dziś pierwszy dzień w pracy po tygodniowym urlopie. Niewiele zrobiłam. Na plaży byłam tylko raz. Nie udało mi się odpocząć. Jestem niewyspana. Ale za to mam małą Kluskę, która według informacji podawanych mi na bieżąco przez mamę chyba całkiem dobrze znosi samotność. Mama biega do małej co pół godziny i nasłuchuje czy nie piszczy. Oto kolejny plus mieszkania 2 piętra nad matulą.
Cała rodzina oszalała na punkcie kluski. Na razie jest kluska, choć równie często funkcjonuje Kropka. W użyciu są też Mała, Żabka, Kulka, Sikun, Śmierdziel (tak na prawdę to uwielbiam ten jej zapaszek).
No ale kto mógłby się oprzeć takiemu słodziachowi?




 

A najlepsze jest to, że małż pod jej wpływem zaczyna używać znienawidzonych dotąd zdrobnień:)

czwartek, 20 sierpnia 2009
Mamy psa!!!

W końcu. Tego jednego jedynego wyczekanego. Psa a raczej suczkę. Imię tymczasowe: Kluska. Do czasu aż wymyślimy coś lepszego, no chyba że nie wymyślimy. No więc Kluska jest szczeniakiem idealnym, dokladnie takim jakiego sobie wymarzyłam. Jest czarna, ma cztery krótkie łapki i dwa małe oklapnięte uszka. No czyż nie ideał? A do tego biały krawacik i coś takiego w oczkach, że najtwardszy przeciwnik psów (patrz moja babcia) wymięka. Kluska ma tylko jedną wadę, ma 5 tygodni. Tzn. jest to też jej duża zaleta, bo dzięki temu  jest małą niezdarną kulką, która właśni śpi zwinięta na moich kolanach. Ale niestety te 5 tygodni oznaczają, że potrzebuje duuuużo opieki, że piszczy gdy tylko się ją zostawi na chwilę i że jestem niewyspana po dzisiejszej nocy. Postanowiliśmy z małżem, że pies z nami spać nie będzie, a w związku z tym, że ja właśnie mam urlop a małż nie, to ja dziś do niej wstawałam gdy tylko zapiszczała. Ale nic to, jej słodycz wynagrodzi nam wszystkie trudy.

czwartek, 13 sierpnia 2009
Home, sweet home

No i wróciłam, cała, zdrowa, zadowolona i do tego dzień wcześniej:)
Było ok. Gorąco, ale nie aż tak jak się obawiałam, niezbyt ciężko pod względem pracy a z szefem - sympatycznie.
W drodze powrotnej najadłam się strachu, bo nas przetrzymali 1,5 godziny w samolocie zanim wystartowaliśmy. Najpierw zapowiedzieli "little problem", potem tłumaczyli się, że jest "traffic" i musimy czekać, ale jak zaczęły się spacery całej załogi po samolocie i niuchanie czegoś w powietrzu, to zaczęłam odmawiać zdrowaśki. Oczywiście tylko ja byłam spanikowana, inni pasażerowie zdążyli w tym czasie zasnąć, ale mojego strachu to wcale nie zmniejszyło. No ale ja specyficzny typ jestem.

A wczoraj stwierdziłam, że z tych wyjazdów najlepszy jest powrót do domu i powitanie przez stęsknionego męża:)

Tym razem nie przywiozłam żadnych zdjęć, bo niewiele widziałam, nawet widok z okna hotelowego był marny.

czwartek, 06 sierpnia 2009
Do wyjazdu... gotowi.. start

No to dziś ostatni dzień przygotowań do podróży. Wczoraj wyprasowałam wszystko, co mam zamiar zabrać, przygotowałam leki i kosmetyki. Z przerażaniem stwierdziłam, że biorę swoje najlepsze ciuchy, więc gdyby mi wcięło walizkę to bym się chyba zapłakała. Mam nadzieję, że dziś wieczorem szybko dopnę wszystko na ostatni guzik i zostanie mi trochę czasu na wyściskanie małża, muszę zrobić zapasy na cały tydzień.

A w pracy znów szalony dzień. Szef ma reisefieber na całego. Próbuje załatwić tysiąc spraw na raz, wścieka się na każdego kto się nawinie, czekam tylko aż w końcu mi (mnie?) się oberwie i pojedziemy obrażeni na siebie. Ja z resztą też co 5 minut sprawdzam czy wszystko mam i kombinuję żeby jak najmniej zapomnieć, bo to że czegoś zapomnę to pewne.

Pisałam już, że nie chce mi się jechać?

środa, 05 sierpnia 2009
Bilans dnia

Nie ma to jak wolny dzień w środku tygodnia.

Pobudka o 7:40
Fryzjer - efekt -> włosy krótsze niż chciałam
Plaża - efekt -> w końcu zadowalająca opalenizna
Przymiarka - efekt -> chyba będę miała w co się ubrać na ślub koleżanki (tfu tfu, żeby nie zapeszyć)
Zakupy - efekt -> nowy t-shirt i miś (dla koleżanki, na ślub, zamiast kwiatka)
Spacer po lesie z babcią -> efekt - obolałe nogi i chyba zadowolona babcia
"To nie tak jak myślisz kotku" obejrzane z małżem -> efekt - kupa śmiechu i duży problem z pobudką dziś rano

Udało mi się wczoraj zrobić wszystko co zaplanowałam z wyjątkiem jednego. Nie odpoczęłam.

A dziś w pracy zapierdziel taki jakby mnie nie było conajmniej miesiąc.


Jestem wściekła. Dowiedziałam się co mnie ominie w związku z moim wyjazdem do Chin. Szanty na plaży i koncert Wilków. To jest jakaś złośliwość losu. Całe lato siedzę w domu i imprez, które by mnie interesowały jak na lekarstwo, a akurat jak wyjeżdżam na niecały tydzień, trafiają się aż dwie, wrrr. Małż obiecał, że szanty mi opowie a w ramach solidarności ze mną na Wilki nie pójdzie.

Aha a przed chwilą dowiedziałam się, że w Szanghaju jest 39 stopni. Lecę już w piątek. Szanse na ochłodzenie do tego czasu są raczej marne :-/