RSS
piątek, 31 lipca 2009
Tribute to Michael Jackson
Byłam wczoraj w kinie na pokazie koncertu Michaela Jacksona. Koncert emitowany był w całej sieci Multikin i Silver Screenów w hołdzie Michaelowi. Mimo że byłam tam sama (małż miał  się wybrać ze mną dla towarzystwa, ale nie dostaliśmy już biletów na miejsca obok siebie), to bawiłam się rewelacyjnie. Teraz już zawsze będę sobie pluła w brodę, że gdy Michael był w Polsce, ja byłam jeszcze grzeczną dziewczynką, której nawet do głowy nie przyszło, że można pojechać na koncert do stolicy. Koncert, który wczoraj widziałam był z 1992 r. Siedziałam tam z otwartą buzią i chłonęłam ile się dało, starając się nie mrugać żeby nic, żaden jego ruch czy mina, mi nie umknęły. Musiałam się pilnować żeby sobie koncertu nie zepsuć, bo cały czas siedziała mi we łbie świadomość, że faceta, który tak daje czadu na ekranie, już nie ma. Ale i pośmiałam się trochę (tak jak i cała sala) z panienek (i nie tylko) wylewających łzy i mdlejących.  Choć kurde podejrzewam, że gdybym była na ich miejscu, też miałabym problem z powstrzymaniem emocji.
Podsumowując:
- sam koncert to rewelacyjne show a Michael - brak słów
- koncert w kinie: na prawdę fajna sprawa. Jedyny mankament to miejsca siedzące, które mocno ograniczały, bo nogi same rwały się do tańca.

Poniżej fragment koncertu.



czwartek, 23 lipca 2009
Czy ze mną jest coś nie tak?

W niedzielę spotkaliśmy się ze znajomymi. Zeszło na temat urlopowy, kto gdzie się wybiera albo gdzie by chciał i takie tam. No i tak się od tamtej pory zastanawiam, czy z nami jest wszystko w porządku. Bo nasi znajomi to na pewno nie mają wątpliwości, że nie jest.  No bo kto to widział, że w urlop można chcieć zobaczyć coś więcej niż błękitne morze i robić coś jeszcze poza wylegiwaniem się na plaży, popijaniem drinków i wpierniczaniem ile się da, bo przecież wszystko jest All Inclusive? Ci ludzie pojąć nie mogą jak to możliwe, że wolimy pojechać do Pragi zamiast do Egiptu. Już nie wspomniałam, że chodzi mi po głowie kolejny wyjazd do Krakowa albo w nasze polskie góry, bo wyszłabym na wariatkę. Chociaż na wariatkę wyszłam już jakiś czas temu, po tym jak stwierdziłam, że nie chciałabym pojechać do Tropical Island koło Berlina i gdybym już tam była to wolałabym zwiedzić Berlin. Czy powinnam się leczyć?

A skoro już jestem przy wyjazdach, niedawno dowiedziałam się, że niedługo znów czeka mnie wyjazd do Chin. Nie cieszę się z tego za bardzo, bo po pierwsze tam będzie upiornie gorąco, po drugie lecę sama z szefem, więc troszkę się obawiam jak to wyjdzie, a po trzecie to po ostatnim wyjeździe mam przesyt.

poniedziałek, 06 lipca 2009
Niepokonani

Dziś też będzie muzycznie, ale znacznie pozytywniej niż ostatnio, bo będzie o kimś żyjącym i świetnie się mającym. Wiem, bo wraz z małżem byliśmy, sprawdziliśmy i własnymi gardłami niemalże do zdarcia strun głosowych wtórowaliśmy... Grzegorzowi Markowskiemu i nawet deszcz lejący się z nieba dość obficie w darciu się nam nie przeszkadzał. Nie był to pierwszy koncert Perfectu, na którym byłam i muszę przyznać, że po każdym kolejnym lubię ich coraz bardziej.
A potem grał jeszcze Bajm, więc aż dziw, że nasze gardła przeżyły ten 3 godzinny wysiłek.
Wracaliśmy skonani, nucąc na przemian "Niepokonanych" i "Białą Armię", nie mieliśmy nawet siły się wykąpać, a małż wymyślił, że urządzimy konkurs na to, które z nas szybciej zaśnie... nie wiem kto wygrał.
Bajm był przedostatnią polską gwiazdą, której koncert od zawsze chciałam zobaczyć. Teraz zostały mi już tylko Wilki. Jak do tej pory Perfect wypada najlepiej.

czwartek, 02 lipca 2009
Szkoda

Wiele razy, przy okazji ogłaszania przez media śmierci kogoś znanego i lubianego, myślałam jaka to szkoda, strata itp. i zastanawiałam się jak odbiorę kiedyś (jak wierzyłam w bardzo odległej przyszłości) informację o śmierci Michaela Jacksona. Zastanawiałam się nad tym z prostej przyczyny, byłam jego fanką i z całego świata gwiazd, on był gwiazdą mi najbliższą. Gdy miałam lat naście byłam fanką całkowicie zaślepioną swoim idolem, dla której Michael był utalentowany, piękny i do tego w 100% niewinny niczemu co mu zarzucano. Na ścianach mojego pokoju nigdy nie wisiały niczyje plakaty, ale zdjęcia Michaela przewijały się w nim przez długi czas.
Później młodzieńcze zaślepienie minęło i zaczęłam dostrzegać, że facet ma duże problemy ze sobą, z otoczeniem i niestety nie zmierza ku niczemu dobremu, ale na moją sympatię do niego jakoś znacząco to nie wpłynęło.

Przez ostanie dni towarzyszyła mi mieszanka uczuć. Żalu, złości (na kogo? co? nie wiem) i niedowierzania. Dziś już spoko, ochłonęłam, ale nadal jest mi cholernie szkoda. I nie chodzi absolutnie o to jaka to strata dla świata muzyki. Bo ja nie bardzo wierzyłam w ten jego "wielki powrót" i dawno już pogodziłam się z tym, że raczej nic nowego i dobrego w jego wykonaniu nie usłyszę. Ale kurcze, odszedł człowiek, którego znał cały świat, człowiek który był zawsze, przynajmniej dla mnie.

Gdy całkiem niedawno naszło mnie na oglądanie teledysków Michaela, stwierdziliśmy zgodnie z małżem (który nie jest jego fanem i który w ostatni weekend pierwszy raz zobaczył teledysk "Thriller" - za kogo ja wyszłam?), że nie ma drugiego takiego, który porywałby miliony i wzbudzał takie emocje. I już wtedy myślałam jaka to szkoda, że tak marnie skończył.

Fajnie, że ludzie (sądząc przynajmniej po komentarzach w necie) wspominają go głównie jako wielkiego artystę  a nie dziwaka i pedofila.
Mówi się teraz o nim w prawie każdym zakątku świata. Może jednak udał mu się ten wielki come back? Szkoda, że w ten sposób.

Nie wiedziałam, na który utwór się zdecydować. Nie umiem wybrać ulubionego, bo większość z nich uwielbiam tak samo. Padło na ten. Z czasów gdy Michael był piękny i młody. Moja przygoda z nim zaczęła się jakieś 3 lata później.