RSS
niedziela, 22 czerwca 2014
Dziecku niewiele potrzeba do szczęścia

Madzia na wakacjach

Te zdjęcia zrobiłam niedawno podczas kilkudniowego pobytu u moich teściów na Mazurach. Wyjazd ten już raz przekładany z powodu choroby Madziuty i tym razem wisiał na włosku, z tego samego powodu. Ale na szczęście udało się Madzię wykurować i u babci była już całkiem jak nowa. A tam całe dnie biegała boso, turlała się po trawie, podlewała kwiatki i siebie przy okazji. Puszczała bańki mydlane. Pobiła swój rekord w ilości zjedzonych lodów. Codziennie odwiedzała plac zabaw i chodziła nad jezioro karmić kaczki. Do zabawy wystarczało jej wiaderko z wodą i konewka a w piasku zakrętka od butelki. Aby ją choć na chwilę zgarnąć ze słońca, wabiliśmy ją książką z baśniami.

Jej euforię przerywały tylko drobne zakłócenia. Raz było to znalezienie martwego wróbla (odbyliśmy naszą pierwszą rozmowę o umieraniu), a innym razem kaczka, która ją dziobnęła. Pół miasta dowiedziało się o tym fakcie:) Ale gdy tylko skończył się lament, Madzia pogroziła kaczce („nie dziob mnie więcej ty wstlętna kaczko”), po czym chyba nawet jej wybaczyła, i przed dziadkami próbowała tłumaczyć, że przecież kaczka to nie jest piesek i nie umie jeść z rączki:)

Dzięki temu wyjazdowi upewniłam się, że nie musimy kombinować i na nasz właściwy urlop w lipcu znów pojedziemy do dziadków, ponieważ Madzi nie można już bardziej uszczęśliwić. Każda próba ulepszenia, będzie już po prostu przegięciem. Nawet plac zabaw wg nas bardziej „wypasiony” nie przypadł jej do gustu tak jak ten, na którym bawiła się pierwszego dnia.

I mimo biegania boso po zimnych kaflach, moczenia nóżek w zimnej wodzie i mimo dwóch porcji lodów dziennie, nic jej nie było. A po powrocie rozłożyły ją trzy dni w przedszkolu. Mam już naprawdę dość. I poważnie zastanawiam się czy w okresie wakacji w ogóle ją do przedszkola posyłać. Bo dziś na szczęście mamy kiepską pogodę, więc nie szkoda mi, że siedzimy w domu. Ale nie chcę w pełni lata słuchać jak moje dziecko planuje co będzie robić jak wyzdrowieje. I strasznie mi jej szkoda, jak opowiada o koleżance, która jest zawsze w przedszkolu bo jest zawsze zdrowa i jak mówi, że ona też kiedyś będzie zawsze zdrowa.

Mojemu dziecku niewiele potrzeba do szczęścia. Ale zdrowie to niezbędne minimum.



poniedziałek, 02 czerwca 2014
Smutne to

Moja babcia w sobotę wieczorem po raz pierwszy zażyła pewien lek przepisany jej przez neurologa. Miał podziałać na pamięć, w której są już spore luki. 1,5 godziny później babci zaczęło się robić słabo i miała mdłości. Babcia mieszka z moją mamą, 2 piętra pode mną, pobiegłam więc w kapciach zaraz po telefonie od mamy. Było tak źle, że zawołałyśmy pogotowie. Lekarz ocenił, że nic złego się nie dzieje. Proponował zabranie babci do szpitala, na badania i kroplówkę, ale się nie zgodziła. My też nie nalegałyśmy, bo babcia jest już trochę jak dziecko, tylko że z dzieckiem któraś z nas mogłaby zostać, a z babcią nie. Babcia dostała więc zastrzyk przeciw wymiotom i pogotowie odjechało. Niestety zastrzyk działał dość wolno, i babcię jeszcze długo męczyły wymioty. A później dostała drgawek. Mama postanowiła zadzwonić na oddział neurologii, by zapytać czy te objawy mogą być spowodowane podanym lekiem (lekarz z pogotowia go nie znał) i czy należy je przeczekać czy może jednak jechać do szpitala. Niestety dyżurująca pani doktor wysłuchała tylko połowy wypowiedzi mojej mamy, po czym wyraziła swoje zaskoczenie („to pani DO MNIE dzwoni....?”) i oburzenie („jak pani śmie...”), że jest budzona o 1 w nocy. Mama usłyszała też, że jest śmieszna, choć nie sądzę, by powiedziała cokolwiek zabawnego.

Ja rozumiem, że pani doktor mogła mieć za sobą ciężki dzień czy jakieś swoje problemy i że nikt nie lubi być wyrywany ze snu. Mogła sobie nawet wyrazić swoją złość, bo nikt nie oczekiwał od niej że będzie miła, ale mimo wszystko chyba powinna zainteresować się cierpiącym człowiekiem i o ile to możliwe doradzić co należy zrobić. Zawsze sądziłam, że lekarz ma obowiązek udzielić pomocy o każdej porze dnia i nocy. Ale może teraz coś się zmieniło, może teraz w przysiędze lekarskiej jest jakiś wykaz godzin, w których niesienie pomocy czy przynoszenie ulgi w cierpieniu nie obowiązuje? Może rzeczywiście dzwonienie w środku nocy do dyżurującego lekarza z prośbą o poradę jest przesadą?