RSS
piątek, 25 czerwca 2010
Teraz dopiero trzymajcie kciuki
Udało się. Mamy 2 kreski na teście i oficjalne potwierdzenie od lekarza. Ale po ostatniej nieudanej ciąży jestem raczej pełna obaw i niepewności, i z radością wstrzymuję się co najmniej do 3 miesiąca. Żeby nie zapeszać i nie robić nikomu nadziei (wystarczy, że my wyczerpujemy całe jej nakłady jakie znajdują się we wszechświecie) nic nikomu nie mówimy. A jutro jedziemy do teściów i trzeba będzie trzymać język za zębami.
czwartek, 17 czerwca 2010
Głupio mi
Wczoraj podczas wieczornego spaceru z małżem spotkaliśmy znajomych. Małżeństwo z dzieckiem w wieku wózkowym i psem. No i my, miłośnicy czworonogów każdej rasy i nawet wątpliwej urody (małż ma to zamiłowanie od zawsze, ja od czasu pojawienia się Kluski), nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zachwycili się pięknym labradorem. Tak więc przywitaliśmy pieska, opowiedzieliśmy o swoim i dopiero po dłuższej wymianie zdań udało mi się zauważyć wózek z pociechą.
No i teraz jest mi wstyd. Zawsze lubiłam dzieci. Z resztą nadal lubię. Jak już zauważyłam tego malucha to nie mogłam od niego oczu oderwać i nie rzuciłam się, by go wyściskać tylko dlatego, że znajomi w zasadzie do bliskich nie należą (nawet nie wiem jak on ma na imię). Uznałam, że mogą sobie nie życzyć aby ktoś prawie obcy obściskiwał ich dziecko. Ale i tak jest mi wstyd, że jako pierwszy moją uwagę przykuł pies. Wiedziałam, że Klucha otworzyła mi oczy na inne zwierzęta, ale czy to możliwe, że aż tak mnie zmieniła? Nie chcę być jedną z tych zimnych bab, które rozczulają się nad własnym pupilkiem, a krzywią na widok czyjegoś dziecka.
Pociesza mnie jedynie fakt, że staramy się z małżem o własne i na prawdę mocno go chcemy. Mam nadzieję, że wkrótce się uda i że dzięki niemu znów będę zaglądać do obcych wózków i psemawiać do dzieciaćków śłodkimi śłówkami.
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Dziewczyny lubią brąz
W końcu będę mogła założyć spódniczkę (o ile pogoda się poprawi), bo wreszcie udało mi się opalić. Zdążyłam normalnie w ostatniej chwili, bo w niedzielę o opalaniu można już było zapomnieć. Wywiałoby mnie z plaży. W sobotę zaś prażyło niemiłosiernie i mimo że spędziłam na słońcu tylko 2 godziny, to strzaskałam się że hej. Co prawda z przodu trochę mocniej niż z tyłu, ale obu  (przodu i tyłu) razem nigdy nie widać, więc na pewno nikt nie zauważy. A jak znów nadejdą słoneczne dni to się wyrówna.

Wkurzyłam się wczoraj wieczorem i na razie postanowiłam, że na wybory nie idę. Jestem zniesmaczona po wczorajszej debacie. Nie takiego zachowania oczekiwałam po kandydacie, na którego planowałam zagłosować.
środa, 09 czerwca 2010
Wracam do żywych
Po naprawdę fajnym długim weekendzie przywitał mnie fatalny poniedziałek a później dobił jeszcze gorszy wtorek. W poniedziałek pod koniec ciężkiego dnia pracy (chyba wszyscy byli wściekli, że weekend się skończył) dopadła mnie migrena, która odprowadziła mnie do domu, położyła do łóżka i na zmianę tuliła do snu i budziła. Pożegnała mnie dopiero w środku nocy. Ale nie zostawiła mnie samej, nie nie. Wymienili się miejscami z bólem gardła tak silnym, że nie mogłam gadać. Tak więc we wtorek od rana znów byłam kaput. Ale ponieważ mimo tego trzymałam się dość dzielnie i pracowałam jak dzika to postanowili zaatakować ze zdwojoną siłą. I co? I kolejne popołudnie przeleżałam z bólem głowy i gardła oraz temperaturą.
Ku mojemu zdziwieniu obudziłam się dziś w całkiem niezłym stanie, ból gardła sobie poszedł, migrenę też jakoś pogoniłam, doszedł za to katar, ale taki dający się wytrzymać. Mam więc nadzieję, że dzisiejsze popołudnie spędzę poza łóżkiem. Jeszcze trochę takich dni jak 2 ostatnie i małż i Klucha przestaliby mnie rozpoznawać w pozycji innej niż horyzontalna.

Czytam obecnie "Malowanego ptaka" Jerzego Kosińskiego. Miała to być taka odmiana po niezbyt ambitnej, ale za to lekkiej i przyjemnej lekturze książki "Znowu randka". Zazwyczaj nie wracam do książek które już kiedyś czytałam (mam tylko kilka pozycji do obowiązkowej powtórki), bo wychodzę z założenia, że jest jeszcze tyle do przeczytania, że szkoda czasu na powtórki. "Malowanego ptaka" czytałam już kiedyś, i była to wtedy dla mnie najbardziej szokująca ze wszystkich przeczytanych książek. Sięgnęłam więc po nią ponownie, aby się przekonać jak tym razem ją odbiorę i muszę przyznać, że nadal szokuje.