RSS
czwartek, 29 kwietnia 2010
Od weekendu do weekendu

Planowaliśmy z małżem wziąć od dzisiaj urlopy, żeby sobie przedłużyć ten majowy weekend. Niestety poza nami nikt się naszymi planami nie przejął i tak oto oboje siedzimy w pracy. Ja już wiem, że jutro mam wolne, ale małż jeszcze nie wie. Tak czy siak żadnych planów na majówkę nie robiliśmy. Jesteśmy tak zmęczeni, że możliwość posiedzenia z książką albo przed telewizorem jest przez nas w tej chwili najbardziej pożądaną rozrywką.
Ja mam jedynie cichy zamiar powtórzyć sobie znaki drogowe. Zbliżamy się nieuchronnie do zrealizowania decyzji o zakupie samochodu. Muszę więc przypomnieć sobie znaki i wziąć kilka lekcji, bo ostatni raz siedziałam za kierownicą na egzaminie a było to w 2007 roku.

Wczoraj na zakupach upatrzyłam sobie piękną sukienkę. No zakochałam się w niej od pierwszego spojrzenia na wieszak, a jak przymierzyłam to normalnie jak na mnie uszyta. Niestety cień na jej głęboki granatowy kolor i idealny krój rzuca Cena (celowo napisana przez duże C). Mam tydzień na zastanowienie się. Zachorowałam na nią jednak tak mocno, że jak znam siebie to ją kupię. No chyba, że doszukam się jakiejś wady (poza ceną). Będę szukać, obiecuję.


Ale za to Klusce kupiłam wdzianko, niezbyt gustowną niestety obrożę przeciw kleszczom. A to dlatego, że podczas jednej z wielu porcji pieszczot jakimi obdarowuję Kluchę znalazłam przyssanego do niej robala. Pokochał ją chyba tak samo jak my, bo oderwać się nie chciał dziad jeden. Mam nadzieję, że żadnego choróbska jej nie sprzedał. Małż dla świętego spokoju wybrał się z małą do weterynarza, co dostarczyło nam kolejnego argumentu za kupnem samochodu. Półgodzinna podróż autobusem z małym psiakiem, mającym chorobę lokomocyjną nie należy bowiem do przyjemnych. A jak po dotarciu do celu okazuje się, że weterynarz akurat ma urlop (miałam wcześniej zadzwonić, ale uznałam to za zbędne, ffak) to tylko się cieszyć, że z małża taki opanowany człowiek jest.


Ponieważ Oldfashioned była ciekawa jakie filmy widzieliśmy na maratonie, postanowiłam napisać kilka słów, zwłaszcza, że maraton był naprawdę udany. Opiszę tylko swoje odczucia, bo o fabule można przeczytać w necie.

"Dm zły" - moje wrażenie od razu po seansie: patologia, wszechobecny brud, krew, przez cały film leje się wóda, sceny bez flaszki albo siekiery można policzyć na palcach. Teraz jednak podchodząc do filmu mniej emocjonalnie śmiało mogę stwierdzić, że jest dobry, z bardzo ciekawą fabułą, wymagającą poskładania sobie poszczególnych elementów w całość (to co lubię). Film bardzo wiernie (tak myślę) oddaje atmosferę czasów prl. Muszę powiedzieć, że dawno nie widziałam filmu, który tak długo siedziałby mi w głowie. Myślę, że skuszę się aby obejrzeć go jeszcze raz, bo wiem wiele straciłam przez to, ze często odwracałam wzrok:) Taka jakaś delikutaśna jestem:)

"Galerianki" - i znów patologia, prostytuujące się nastolatki, gimnazjalistka w ciąży, przekleństwa i mocny makijaż. Film ciekawy. Porusza problem dzieci z marginesu, szukających autorytetu w niewłaściwym niestety miejscu. Pokazuje do czego może doprowadzić brak akceptacji wśród rówieśników. Moim zdaniem dziewczyny świetnie zagrały swoje role. Przez cały film nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że gdzieś już widziałam główną bohaterkę. Pewnie w jakimś autobusie.


"Wojna polsko-ruska" - trudno mi się wypowiedzieć i ocenić, bo zasnęłam. Mogę tylko napisać, że film jest bardzo dziwny, rzeczywistość przeplata się z czymś w rodzaju snu. Ja niestety w pewnym momencie przestałam nadążać, nie wiem czy to zbyt zagmatwana fabuła czy po prostu przez zmęczenie moje szare komórki wolniej pracowały.


Komediowo nie było, ale filmy warto było obejrzeć (przynajmniej 2 pierwsze). Ale taki maraton to męczący jest strasznie. Cały weekend odczuwałam skutki niewyspania. Ehh już nie te lata.

piątek, 23 kwietnia 2010
Bez planu nie da rady

Dziś rano na termometrze było +1. Pewnie powinnam się cieszyć, że + i że śnieg nie pada (jak np. wczoraj) no ale ileż można. Za tydzień maj a ja nadal chodzę w rękawiczkach.
Wczoraj małż zadzwonił z pracy z  pytaniem na kiedy ma wpisać swój urlop. Do wyboru miał  początek lipca albo wrzesień. Z obawy, że w tym tempie to w lipcu może dopiero skończą się przymrozki, zdecydowaliśmy się na wrzesień.

W poniedziałek byłam u doktórki i dostaliśmy oficjalne pozwolenie na rozpoczęcie starań o potomka. Wg niej minęło wystarczająco dużo czasu, wszystko jest w porządku i teraz na pewno się uda. Po co w takim razie przypisała mi tabletki na podtrzymanie ciąży?

Nie wnikam. Zacznę zażywać jak tylko zobaczę 2 kreski na teście. Mam nadzieję, że już w maju będę mogła się pochwalić. Ostatnio w pracy odwiedziła nas koleżanka ze swoim rocznym synkiem i chyba mi mój instynkt macierzyński podsyciła.

Dziś wybieramy się na "Noc kina polskiego". Małża to jednak trzeba postawić przed faktem dokonanym. Od poniedziałku próbowałam go wyciągnąć do klubu filmowego, ale za każdym razem był zbyt zmęczony (czytaj leniwy). A jak wczoraj zadzwoniłam z wiadomością, że wygrałam bilety do kina to się ucieszył. No chyba, że to nie lenistwo a strach przed ambitnym kinem go zniechęcał. W końcu klub filmowy brzmi znacznie mniej rozrywkowo niż kino.

Jeszcze wczoraj sądziłam, że pójdziemy na żywioł i na miejscu wybierzemy 3 z 12 filmów które będą wyświetlane. W końcu bilety za darmo, nie będzie szkoda jeśli dokonamy niezbyt trafnego wyboru. No ale dziś mój wewnętrzny organizatorski głosik tak głośno dopominał się o jakiś plan, że nie wytrzymałam. Wydrukowałam repertuar, przeczytałam recenzję każdego filmu i teraz wiem już dokładnie co, o której i na jakiej sali będzie grane. Tak wiem jestem szalona. Jak cholera.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
...

Dzisiejsza notka nie ma tytułu, bo nie znalazłam odpowiedniego. Brak słów na tytuł, brak słów na treść. Bardzo chciałabym aby był to zwyczajny wpis o tym jak spędziłam weekend, ale wydarzenia sobotniego poranka zmieniły moje plany a problemy typu: czy uda mi się kupić bluzkę na wieczorną imprezę nagle przestały istnieć.
Nigdy nie przypuszczałam, że tak bardzo dotknie mnie śmierć Lecha Kaczyńskiego. A jednak. Informacja o tym, że zginął prezydent mojego kraju, nasz prezydent, była dla mnie szokiem, a widok trumny z jego ciałem - wstrząsający. Jakże teraz wstyd mi z powodu tych wszystkich złośliwości wypowiadanych na jego temat. Był naszym prezydentem i czy nam się to podobało czy nie, należał i należy mu się szacunek. Na szczęście chyba wszyscy zdali sobie z tego sprawę.
To tyle. Żal, ciągłe niedowierzanie, współczucie dla bliskich - wszystko już zostało powiedziane.