RSS
niedziela, 31 marca 2013
Niezbyt świąteczny wpis

Chyba nigdy nie czułam takiej niechęci do świąt jak w tym roku. Zacznijmy od tego, że wszyscy jesteśmy chorzy. Jeszcze w niedzielę pochwaliłam się znajomemu, że przetrwaliśmy tę zimę zdrowi, a tu w poniedziałek Madziuta dostała kataru, a potem rozłożyliśmy się kolejno ja, małż i moja mama. Jestem mistrzynią zapeszania.

Do tego jeszcze małż został wysłany przez swoją firmę na kurs, który kończy się super trudnym egzaminem, po zdaniu którego otrzymuje się super ważny papierek. Od miesiąca nasze życie wygląda tak, że małż wraca do domu w okolicach godziny 18 – 19tej, je obiad (o ile można tak nazwać posiłek spożywany o tej porze) i równo z Madzią kładzie się spać, po to by wstać o 4tej (kiedy to główne źródło chaosu jeszcze śpi) i uczyć się. On pada na nos od ilości informacji, które musi przyswoić, ja od ilości czasu spędzanego z Madziutą. A Madzia z katarem jest mega upierdliwa, więc ostatni tydzień był naprawdę trudny. Ale nic to, byle do 12 kwietnia, bo wtedy jest egzamin, który małż MUSI zdać, bo żadne z nas nie wytrzyma kolejnych dwóch tygodni jego nauki do poprawki.

I do tego jeszcze ten śnieg. No przecież to jest jakaś pomyłka. Dziś do koszyczka ze święconką bardziej od baranka pasowałby bałwanek. Żebym chociaż mogła powiedzieć, że przynajmniej Kluska, która uwielbia ten biały szajs, się cieszy. Ale nie mogę, bo nikt z nią nie chodzi na długie spacery, bo a) wszyscy jesteśmy chorzy, b) od tygodni pod blokiem koczuje stado wygłodniałych dzików. Mam wrażenie, że są tu przez cały czas. Żeby wyjść z psem na zwykłe krótkie siku, najpierw wyglądam przez okno, żeby sprawdzić czy jest bezpiecznie.

Tak więc przyczyn mojego nieświątecznego nastroju jest wiele. Ale jednak mamy święta, udaję się więc trochę pokontemplować, by jutro móc w pełni cieszyć się z tego co w nich naprawdę ważne, a nie tylko z tego, że zdążyłam zrobić faszerowane jajka.

Życzę Wam zdrowych, radosnych świąt i rychłej wiosny.


poniedziałek, 11 marca 2013
Każdy ma jakiegoś bzika

15 lutego Madzia skończyła 2 latka. Dużo czasu potrzebowałam, by zabrać się za wpis z tej okazji, bo nie bardzo wiedziałam jak podsumować miniony rok. W końcu postanowiłam, że napiszę o tym, co z tego roku zapamiętałam najlepiej czyli o Madziutkowej butofobii. Nazwę tej przypadłości wymyśliłam sama, bo żadnej fachowej nie udało mi się znaleźć. Ale łatwo chyba odgadnąć, że moje dziecko bało się butów.

Zawsze bardzo podobały mi się takie małe słodkie buciki dla bobasków, ale Madziuta nigdy takich nie miała, bo zakładanie ich kilkumiesięcznemu maleństwu wydawało mi się niepraktyczne. Uważałam, że takiemu dziecku cieplej, przyjemniej i wygodniej jest w miękkich bamboszkach. No i jak się okazało był to błąd. Czas na pierwsze buciki nadszedł jakoś w okolicy kwietnia lub maja zeszłego roku, kiedy to Madzia miała ok. 15 miesięcy i chodziła już na tyle pewnie, że można było ją wypuścić z uwięzi zwanej wózkiem. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie gdy Madziuta na widok buta zbliżającego się do jej stopy wpadła w taką panikę, że zwróciła na siebie uwagę wszystkich klientów sklepu. Uznałam, że to chwilowe, butki zakupiłam i postanowiłam zrobić kolejne podejście w bardziej sprzyjających okolicznościach. Niestety ani ulubiona ciocia, ani pokazywanie na własnym przykładzie, ani najbardziej wymyślne odwracanie uwagi nie przyniosło rezultatów. Tę parę butów na szczęście udało mi się zwrócić. Próbowaliśmy jeszcze kilka razy z innymi, ale bez skutku. Madzia na widok butów wierzgała, krzyczała i zalewała się łzami. Po około miesiącu prób byłam załamana. Przecież nie mogła całego lata przejeździć w wózku. Trzeba więc było znaleźć jakiś substytut. I tak rozpoczęliśmy zwiedzanie Gdyni w skarpetkach ze skórzaną podeszwą :) Teraz się z tego śmieję, ale uwierzcie mi, wtedy było to dla mnie źródło ogromnej frustracji. Każde napotkane dziecko w bucikach psuło mi humor. A przyglądałam się uważnie wszystkim i bezskutecznie szukałam dziwoląga podobnego do mojego. Nie macie pojęcia jak wstydziłam się tego, że Madziuta łazi w skarpetkach. Wiem, że to głupie, ale gdy tylko ktoś zagadywał coś na temat małej, od razu wplatałam w rozmowę informację o jej fobii, żeby tylko nie pomyślał, że to ja taka durna matka jestem, że puszczam dzieciaka w skarpetach. Lato na szczęście było ładne, więc rzadko byliśmy uziemieni z powodu deszczu (takie skarpetki niestety nie nadają się na nawet lekko wilgotne podłoże). Ale im dalej w las tym bardziej się denerwowałam, co będzie jesienią. Po 2 miesiącach skarpetkowych wędrówek, postanowiliśmy z małżem uciec się do ostatniego sposobu, który przychodził nam do głowy. Doszliśmy do wniosku, że trzeba małej założyć butki podczas snu. Od samego początku chodziło mi to po głowie, ale bałam się, że Madzia po przebudzeniu wpadnie w panikę albo przeżyje jakąś traumę. Ponieważ jednak nic nie zapowiadało zmiany w jej podejściu do butów, trzeba było zaryzykować. Wybraliśmy się na spacer z obstawą w postaci babci i mojego 12-letniego siostrzeńca, który zawsze skupiał uwagę Madzi. Gdy zasnęła w wózku, delikatnie założyliśmy jej buciki, a zaraz po przebudzeniu robiliśmy wszystko, by ją czymś zainteresować. Madzia od razu zorientowała się, że coś jest nie tak. Ku naszemu zdziwieniu nie uderzyła jednak w płacz, gapiła się tylko podejrzliwie na swoje stópki, od czasu do czasu zerkając na pajacującą rodzinkę. Ależ to były emocje. Serce mi waliło gdy wyciągałam ją z wózka i stawiałam na ziemi. Moja mama natychmiast wzięła ją za rączkę i pociągnęła za sobą, a Madzia... zaczęła dreptać nie spuszczając wzroku z obutych stópek:) Wyobraźcie sobie radość i ulgę jaką poczuliśmy. Pamiętam to dokładnie. To był 26 lipca i nigdy nie dostałam lepszego prezentu imieninowego :) Oczywiście później był okres, że tylko i wyłącznie te konkretne tenisówki były akceptowane, ale w końcu i to minęło. A teraz? Gdy ostatnio przymierzyłam jej nowe zimowe buciki, przechodziła w nich cały dzień. Dobrze, że do snu pozwoliła sobie zdjąć :)

Chyba właśnie ta butofobia jest dla mnie symbolem całego drugiego roku Madziutkowego życia. Duży problem, ale w końcu pokonany. Bo były jeszcze inne. Odstawienie od piersi też wydawało mi się niewykonalne, a w końcu się udało. Podobnie z zasypianiem na rączkach. Sądziłam, że prędzej dorobię się garba niż Madzia pozwoli mi choćby usiąść podczas tego rytuału. Ale w końcu i na to wymyśliłam sposób. Mam nadzieję, że skoro poradziliśmy sobie w tak beznadziejnych jak nam się wtedy wydawało sytuacjach, to ze wszystkim damy radę. I z tym optymistycznym nastawieniem wchodzimy w trzeci rok :)


piątek, 08 marca 2013
Tańce hulanki swawole a w tle Grzegorz Turnau

Od kilku dni słuchamy sobie z Madzią Grzesia Turnaua. Żebyście widzieli jak przy tym wywijamy. Madziuta tak daje czadu, że muszę pilnować, żeby się w coś nie rąbnęła. A „Cichosza” i „Między ciszą...” to już nawet zaczyna sobie podśpiewywać :)