RSS
wtorek, 30 marca 2010
Polecam stan małżeński

Pół dnia przeleżałam wczoraj z migreną. I to było akurat to pół, które powinnam była spędzić w pracy. Niestety po przebudzeniu o 5 rano byłam w stanie jedynie wysłać smsa z informacją, że robię sobie wolne i zażyć tabletkę przeciwbólową (pierwszą z 4). No i leżałam tak do 14, budzona dwukrotnie telefonami z pracy i wielokrotnie szczekaniem Kluski (małż jest dumny, że mu piesek strzeże posesji, ale ja po wczorajszym dniu mam serdecznie dość tej jej czujności).
Po południu ból ustąpił na tyle, że byłam w stanie nawet wyjść na miasto i załatwić kilka drobnych spraw, ale nie na tyle, żeby zrobić cokolwiek z tzw. prac domowych. Wieczorem zasnęłam na kanapie i podczas gdy ja w najlepsze sobie spałam, małż wyprowadził psa, zrobił nam kanapki do pracy, przebrał pościel (i chyba jeszcze pozmywał, bo tak coś mi się kołacze, że wczoraj zlew nie był pusty a dziś rano już tak), po czym delikatnie mnie obudził po to żebym się przeniosła do łóżka. No niby normalka i nic takiego, ale jednak miło jest wiedzieć, że nawet jak nawalę, to rano i tak kanapki do pracy będę mieć:)

środa, 24 marca 2010
Koszt alternatywny

Mała zeżarła nam chodnik, NOWY, kupiony w poniedziałek po pracy. Już we wtorek o 8 rano stracił swą funkcję zdobniczą i stał się psią przegryzką. Na szczęście nadaje się jeszcze do ochrony parkietu, a o to przede wszystkim nam chodziło.
Spodziewaliśmy się, że Klucha może się z nim mocno "zaprzyjaźnić", dlatego miał być najtańszy i najbrzydszy, żeby nie było szkoda. Po rozłożeniu okazało się jednak, ze prezentuje się całkiem nieźle, a i 70 zł za psią zabawkę to wcale nie tak mało. Tak więc byliśmy wczoraj mocno źli. Niestety ta mała cholera ma w sobie tyle uroku, że długo się na nią złościć nie da. Ja jej wybaczyłam już po godzinie.

piątek, 12 marca 2010
Odzyskany weekend

Kawyyyy. Jak mi się chce kawy. Co roku robię sobie wielkopostne postanowienie i za każdym razem jest to rezygnacja z kofeiny w postaci małej białej z dużą ilością cukru. Dlaczego akurat to? Bo lubię, baaardzo lubię i zwykle pijam takich codziennie kilka, więc jest to dla mnie wyrzeczenie spore, ale nie aż tak duże żebym mu nie podołała. Rozważałam też rezygnację ze słodyczy, ale nie, męczennicy z siebie robić nie będę.
A po co w ogóle to postanowienie? A bo tak. Bo odczuwam potrzebę dania czegoś z siebie w czasie Wielkiego Postu. Może to dziecinne, a samo postanowienie niezbyt wygórowane, ale dobrze mi z tym, że je powzięłam. Znaczy się dobrze mi na duchu, bo na ciele to ... kawy!!! Wszyscy dookoła piją, aromat się unosi, a ja... popijam herbatkę i cierpię.

Do wczoraj wisiała nade mną groźba wyjazdu na weekend do teściów. Ale że ja miszczem marudzenia jestem i wpływ na małża posiadam całkiem spory, to udało mi się go przekonać, że taki wyjazd to wcale nie jest dobry pomysł zwłaszcza, że wybieramy się do teściów na święta. Nie żebym nie lubiła ich odwiedzać, ale cholernie mi szkoda wolnego czasu.
W ten sposób zyskałam całe 2 dni i teraz się zastanawiam, co z nimi zrobić. Wybieram między totalnym odpoczynkiem czyli kompletnym nicnierobieniem, która to ewentualność jest bardzo kusząca, a generalnymi porządkami, o które wręcz błaga nasze mieszkanie. W normalnej sytuacji nie pytałabym małża o zdanie (odpowiedź jest oczywista), ale skoro to on załatwił nam to wolne, to może jednak powinien móc zdecydować jak je wykorzystać?

czwartek, 11 marca 2010
Zmiany

Dziś rano obudził mnie niewielki łoskot, dochodzący gdzieś z głębi mieszkania. Z walącym sercem zerwałam się z łóżka,  myśląc że ktoś się włamał (tak wiem przesadziłam, ale zaspany człowiek nie myśli jasno), zaraz jednak odkryłam, że nie ma z nami Kluchy i że dźwięki które słyszałam to jej sprawka. Jak się okazało Klucha dorwała małżowego kapcia i tarmosząc go uderzała o szafkę w przedpokoju. Kapciowi oberwało się porządnie, Klusce mniej, bo czułam taką ulgę, że wręcz byłam jej wdzięczna. Dla zasady jednak pokrzyczałam trochę (wtedy dopiero obudził się małż:/) i nie pomiziałam jej ani razu. Nadrobię po powrocie z pracy:)

Jak tak patrzę przez okno, przysłonięte roletami tak, że nie widać śniegu (tfu), to normalnie jakby nie zima. Słońce świeci, ptaki krążą nad dachem magazynu... Jeszcze trochę a białe zmieni się w zielone. Jestem tego pewna.

A teraz uwaga uwaga, najważniejsza wiadomość dnia. Mamy w pracowym kiblu ciepłą wodę!!! Po 5 latach odmrażania sobie rąk, w końcu się doczekaliśmy. Normalnie się wzruszyłam. Zastanawiamy się tylko co to za okazja. Dzień kobiet już był. Prima aprilis dopiero przed nami. Czyżby zbliżająca się kontrola tak podziałała?

czwartek, 04 marca 2010
Spokojnie to tylko awaria

Padła mi karta w pracowym aparacie, ffffak. Od pół roku się przymierzałam, żeby zrobić porządek ze zdjęciami i wrzucić je w odpowiednie miejsca na kompie. No i już nie muszę. Mam tylko nadzieję, że żadne z tych zdjęć nie okaże się nagle komuś absolutnie niezbędne i nie do odtworzenia. I tak miałam szczęście, bo rano zrzuciłam na kompa zdjęcia, po które kumpel wczoraj specjalnie do Bydgoszczy jechał. No normalnie anioł jakiś nade mną dziś czuwał jak nic.

Obejrzeliśmy wczoraj z małżem "Bardzo długie zaręczyny" z moją ukochaną Amelią. Celowo piszę Amelią a nie Audrey Tautou, bo "Amelia" to do wczoraj był jedyny film, jaki z tą aktorką widziałam, a i tak mi to wystarczyło, żeby zakochać się w niej dokumentnie. W "Bardzo długich zaręczynach" jest równie śliczna, słodka i urocza, więc się nie zawiodłam. I całe szczęście, bo zrezygnowałam dla niej z Woodego Allena, który w tym czasie leciał na Ale kino i z ponoć bardzo dobrego "Wyścigu szczurów", który serwował Polsat, oczywiście o tej samej godzinie. No i jak tu się nie wściec. Jednego dnia 3 dobre filmy, a przez resztę tygodnia nic, kompletna klapa, no chyba że ktoś jest fanem polskich seriali, albo Stevena Seagala. Ja nie jestem. Choć z braku ciekawszych pozycji w polskiej tv rozważam dostosowanie się do aktualnej oferty.

Dziś na obiad upichcę pizzę. Postanowiłam nie uprzedzać o tym małża, będzie niespodzianka. Mam nadzieję, że się uda, ta niespodzianka znaczy się, bo pizza udaje się zawsze. Zdarzało mi się już robić małżowi niespodzianki, których on nawet nie zauważył, a przynajmniej nie wyglądał na zaskoczonego.