RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Wpis poświąteczny

Miałam cudowne święta. Fakt, zaczynały się nieszczególnie, bo migrena w Wigilię nie należy do doznań pożądanych tego dnia. Ale za sprawą pewnej magicznej tabletki udało mi się pozbyć bólu i później było już bardzo dobrze.

A propos migren, nie chwaliłam Wam się jeszcze, że kilka miesięcy temu miałam już tak dość tych częstych ataków i tego jak dezorganizowały życie naszej rodziny, że postanowiłam przynajmniej spróbować coś z nimi zrobić. Udałam się więc do neurologa z nastawieniem, że usłyszę, iż cierpię na chorobę hrabiowską i z godnością hrabiny powinnam ją znosić. Tymczasem przesympatyczna Pani doktor poinformowała mnie, że są pewne sposoby, które pozwalają zapobiegać migrenie, musimy tylko odpowiednio dobrać leki. I chyba żadna z nas nie przypuszczała, że już pierwszy z nich okaże się starzałem w dziesiątkę. Zażywam więc regularnie tabletki, które podobno mogę stosować długo i szczęśliwie bez skutków ubocznych, i dzięki którym ilość moich migren zmalała kilkakrotnie. A do tego jak już się jakaś trafi, łykam sobie tabletkę przeciwbólową, która może nie działa natychmiast, bo po około godzinie (ale czymże jest godzina bólu w porównaniu z kilkunastoma), ale działa (w przeciwieństwie do innych, które do niedawna łykałam w ilościach hurtowych) i łeb przestaje mnie boleć a ja czuję się jak nowo narodzona. Oczywiście nie mogę z tym lekiem przesadzić, ale w przypadku gdy migrena dopadnie mnie akurat wtedy, gdy raczej powinnam być na chodzie, mogę się nim ratować.

Wracając do tematu świąt. Były piękne. A wszystko dzięki temu, że małż był w domu aż do wczoraj. Nie robiliśmy nic poza odpoczywaniem przez duże O, spacerowaniem, zabawianiem Madziuty, oglądaniem TV i oczywiście jedzeniem. Ja w zasadzie nie przestawałam jeść. Obżarłam się do granic przyzwoitości. I uważam, że to głównie dzięki mnie nie zmarnowała się nam nawet odrobina z wigilijnych dań :) Co prawda najbardziej świąteczny nastrój mam zwykle przed świętami, a po Wigilii już jakoś czar pryska, ale i tak było miło. A żeby podtrzymać resztki tego nastroju, w piątek po świętach przyniosłam go sobie jeszcze trochę. Zakupiłam po bardzo okazyjnej cenie pięć kartonów bombek:) Doszłam bowiem do wniosku, że w przyszłym roku muszę ubrać dużą choinkę. Bo skoro taka mała, trzydziestocentymetrowa sprawiła mojemu dziecku tyle radości, to już nie mogę się doczekać, aż zobaczę Madziutkową minę za rok :)

A teraz żebyście nie myśleli, że było tylko różowo i lukrowo, to opowiem Wam o chwili grozy, którą przeżyłam w piątkowy wieczór, kiedy to małż był z Kluską na jej wieczornym sikaniu. Siedziałam sobie na kanapie, po szyję owinięta kocem, gapiąc się w TV, gdy nagle usłyszałam przerażający odgłos, który chętnie bym Wam opisała, ale nie potrafię, bo nie da się go z niczym porównać. To były dziki, które prawdopodobnie się o coś pokłóciły. Dziki to dla nas żadna nowość, przychodzą pod nasz blok prawie codziennie, ale nie co dzień wydają takie odgłosy i nie co dzień Kluska jest w tym czasie na dworze. Drogę do okna pokonałam z prędkością światła, a i tak zdążyłam sobie po drodze wyobrazić, co one robią mojemu pieskowi. Zapytacie dlaczego dziki miałaby się rzucać na małego niewinnego psiaka? A bo ten mały niewinny psiak o rozumku mniejszym niż ma Kubuś Puchatek zazwyczaj ma dzikom coś do zakomunikowania i robi to głośno i dobitnie. Tylko czekać, aż trafi na takiego, który nie będzie przed nim uciekał. Na szczęście tym razem Kluska nie zorientowała się, że z drugiej strony bloku ma towarzystwo. Ale uwierzcie mi, jeszcze długo się trzęsłam i myślałam, że serce mi wyskoczy.

A dziś Sylwester. I kolejny już raz cieszymy się z małżem, że nie musieliśmy go sobie w żaden sposób organizować. Zawsze kosztowało nas to sporo nerwów, bo zwykle już od października wszyscy wokoło pytali gdzie, z kim i za ile. Nie zrozumcie mnie źle. Wszystkie nasze sylwestrowe imprezy były udane, ale ta presja przed była bardzo męcząca. Dziś siedzimy w domu a Madzia jest naszą wymówką :)

Życzę Wam moi drodzy abyście o każdym dniu w Nowym Roku mogli powiedzieć, że był dobry:)

poniedziałek, 24 grudnia 2012
Święta!

Życzę Wam moi mili zdrowych* i radosnych Świąt, spędzonych w gronie osób, które kochacie.



*z naciskiem na zdrowych, np. bez migreny, bo wtedy jest przekichane, wierzcie mi na słowo :(


poniedziałek, 10 grudnia 2012
Bardzo udane wyjście do teatru

Byliśmy wczoraj na spektaklu "Bóg" wg Woodego Allena i kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że ja Allena i jego poczucie humoru po prostu uwielbiam.

Strasznie ciężko jest mi powiedzieć o czym jest ten spektakl, bo gubiłam się podczas oglądania co najmniej kilkanaście razy. Ujęłabym to tak: spektakl jest o aktorach teatru (w tym przypadku gdyńskiego), którzy robią spektakl o Starożytnych Grekach, którzy robią spektakl. Brzmi zawile? A to dopiero początek. Okazuje się, że wszyscy są świadomi tego, że są tylko fikcją. Ba, dowiadujemy się, że publiczność też jest fikcją. Pojawia się nawet autor, który nas wymyślił. Scenariusz jest Allena, ale został dostosowany do potrzeb Trójmiejskiej publiczności. Główna bohaterka pochodzi z Wejherowa, aktorzy używają swoich prawdziwych nazwisk, a na scenie pojawia się chochoł z „Wesela” Wyspiańskiego. Mamy tu aktorów nie tylko na scenie, ale i wśród publiczności a nawet nad nią. Jest mnóstwo zabawy słowem, masa zaskakujących sytuacji i kupa śmiechu. Jeśli kiedykolwiek, gdziekolwiek będziecie mieli okazję to zobaczyć, to naprawdę polecam.


sobota, 08 grudnia 2012
Bajki, teatry i trudne pytania

Skarżyłam się w poprzedniej notce, że muszę śpiewać? No to już nie muszę. Teraz Madzia domaga się bajek. Musiałam się w związku z tym nieco doszkolić, bo nie pamiętałam na przykład o co chodziło w Jasiu i Małgosi. Przerabiamy też codziennie Czerwonego kapturka, Królewnę Śnieżkę i pewną bajkę, którą opowiadał mi jeszcze mój dziadek. Do tego, żeby nie było nudno, sama wymyśliłam dwie, z których jestem bardzo dumna, bo nie podejrzewałam siebie o taką wyobraźnię. Mamy więc w repertuarze 6 bajek i za każdym razem opowiedzieć muszę .... 6. W najlepszym wypadku 5. No tak jakoś się porobiło, że znów Madzia potrzebuje sporo czasu by zasnąć. Jeśli po 6 opowieściach jeszcze nie śpi, to wtedy ewentualnie mogę zacząć śpiewać, przy czym absolutnie nie chce słyszeć piosenki o kotkach, o której wspominałam w poprzednim wpisie. Mimo że męczą mnie te bajki, to cieszę się, że Madziuta tak chętnie ich słucha, bo to dowód na to, że się rozwija. Jeszcze niedawno nie była w stanie tak długo się skupić.

Zresztą ostatnio w ogóle rozwija się ekspresowo. Zaczęła bardzo dużo mówić. Jest w stanie powtórzyć coraz bardziej skomplikowane słowa. Jeszcze kilkanaście dni temu podniecałam się tym, że powiedziała „kotleciki” (tak niestety używam zdrobnionek), a dziś udało jej się powtórzyć „co się dzieje”. Nie tylko powtarza, ale też sama nazywa przedmioty. Bardzo dużo pamięta i bardzo dużo rozumie. To niesamowite, że w tak krótkim czasie tak bardzo się zmieniła. Codziennie zaskakuje nas czymś nowym.

A propos zaskakiwania, zadałam jej ostatnio pytanie natury niemalże filozoficznej, nie podejrzewając nawet, że je usłyszy, a ona nie dość, że usłyszała, to jeszcze zrozumiała bezsens wykonywania czynności, o którą pytałam. Ale po kolei. Stałam sobie w kuchni szykując obiad dla małża, gdy kątem oka zobaczyłam zbliżającą się w moim kierunku Madziutę, niosącą swój wózek dla lalek. Żaden to wyczyn, bo wózek ani duży ani ciężki nie jest. Wyczynem natomiast jest przeciśnięcie się z nim przez próg kuchni, w którym stoi Madziutowe krzesełko do karmienia. Postękując i stukając wózkiem o futrynę i krzesło udało jej się wejść do kuchni.

Tu nastąpi dygresja o tym jak bardzo nie lubię, gdy Madzia w kuchni przebywa. No więc nie lubię tego BARDZO. Kuchnia nasza jest rozmiarów tak mikroskopijnych, że ja i Madzia w niej to już jest tłok, a ja, Madzia i jej wózek (ewentualnie samochód, który też lubi tu przyprowadzać) to zdecydowanie za dużo. Do tego jeszcze cały czas muszę pilnować, żeby nie ściągnęła ze stołu niczego czym mogłaby sobie zrobić krzywdę, co mogłaby wylać, lub stłuc. Zamiast więc robić to, co bym chciała, co chwilę muszę odsuwać od Madziuty to po co właśnie sięga. A uwierzcie mi nie ma w naszej kuchni zbyt dużo miejsca na przesuwanie czegokolwiek. Niestety żadne prośby, groźby ani nawet podstęp nie są w stanie Madzi z kuchni wykurzyć. No bo nie dość, że z mamą to jeszcze w interesującym miejscu. No czego chcieć więcej? Tak więc często gęsto jej wizyty w tej części domu kończą się awanturą. Awantury jednak i tak stanu rzeczy nie zmieniają. Madzia albo nadal stoi w kuchni i ryczy a mnie zżerają wyrzuty sumienia, albo wychodzimy obie.

Tak więc tym razem westchnęłam tylko przesuwając się, bo mnie dziecko wózkiem swym szturchnęło. I w zasadzie sama nie wiem po co zapytałam: Madziu czy mogłabyś mi powiedzieć, po co niesiesz tutaj swój wózeczek? I wiecie co wtedy zrobiła moja córka? Odwróciła się i postękując i stukając wózkiem o futrynę i krzesło, wyszła z kuchni. Uwierzcie mi, dawno nic mnie tak nie zaskoczyło. Chciałam pobiec z okrzykiem jaka mądra dziewczynka i ją pocałować, ale bałam się, że zawróci.


Żeby nie było, że ja tak ciągle o Madzi, to teraz będzie o czymś poważnym. Pamiętacie jak zachwycałam się „Rzezią” Polańskiego? Wybraliśmy się w końcu z małżem na „Boga mordu” w teatrze w Gdyni. Bawiliśmy się świetnie, obśmialiśmy jak norki, ale film jednak bardziej nam się podobał. Wg małża, to po prostu inny poziom aktorstwa. A w najbliższą niedzielę, znów wybieramy się do teatru. Rozwijamy się ostatnio kulturalnie, a co. Ale żebyście nie myśleli, że my teraz tacy ą ę, to powiem Wam, że „Julia” nadal jest u nas na topie:)