RSS
piątek, 31 grudnia 2010
No i mamy koniec roku

Ależ ten czas pędzi. Dokładnie pamiętam, jak rok temu pisałam notkę, wyrażając nadzieję, że 2009 pójdzie sobie w cholerę razem ze wszystkim co nam przyniósł, bo był zwyczajnie do d..... Tym razem jest inaczej. Teraz chciałabym aby 2011 był tak samo dobry jak jego poprzednik. Nie jestem wymagająca. Nie musi być lepszy. W tym roku spotkało nas tyle dobrego, że naprawdę więcej nie potrzebujemy. Tyle samo będzie w sam raz. Wczoraj na przykład - chyba tak na wypadek gdybyśmy mieli jakieś wątpliwości czy zaliczyć ten rok do udanych -  dowiedzieliśmy się, że mamy idealną dzidzię (waga, miara, ułożenie wszystko cacy) a małż dostał podwyżkę. Piękne zakończenie roku, prawda? Mam tylko nadzieję, że nie wyczerpaliśmy puli powodów do radości i zostało jeszcze trochę na 2011.


Tyle się ostatnio działo, że zupełnie z małżem zapomnieliśmy, że dokładnie dziś mija 10 lat naszego bycia razem. Przypomniało mi się wczoraj wieczorem podczas wieczornej toalety. Mycie zębów jakoś mnie tak romantycznie nastroiło:) A ponieważ wszystko zaczęło się w lesie, to planuję wyciągnąć dziś małża na choćby króciutki spacer do lasu. Mam nadzieję, że mała zrozumie, że to ważny dzień dla rodziców i wybaczy mi to nadprogramowe wyjście:)


Sobie i Wam wszystkim życzę, abyśmy na koniec przyszłego roku mogli napisać takie samo podsumowanie, jakie jak właśnie wyskrobałam:)


Wszystkiego dobrego!

piątek, 24 grudnia 2010

Wszystkim, którzy tu zaglądacie życzę


Zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt.

Tym, którzy zasłużyli - worka prezentów,

Tym, którzy nie zasłużyli – aby rózga była cienka i giętka,

Wyrozumiałych sąsiadów, gdy będziecie śpiewać Gloooooria,

I rozciągliwych żołądków – zjedzcie trochę za mnie

(podpowiadam: najbardziej będzie mi brakowało piernika i smażonej ryby:) )


Wesołych Świąt!


poniedziałek, 20 grudnia 2010
Niech żyje wolność

Co prawda nadal siedzę w domu, bo zwolnienie dostałam na kolejny miesiąc, ale areszt domowy to najwyższa przyjemność w porównaniu z groźbą pobytu w szpitalu i to jeszcze przed świętami? Taka groźba wisiała nade mną od czwartku, ze względu na niezadowalające poziomy cukru. Okazało się jednak, że wystarczy rozdzielić porę jedzenia i zażywania tabletek (które też podwyższają cukier) i zrezygnować z chleba (wyobrażacie to sobie? ja też nie mogłam, a jednak da się). Od piątku poziom cukru prawie cały czas mieści mi się w normie i na dzisiejszej wizycie dowiedziałam się, że żaden szpital mi nie grozi:)

To nic, że cały czas chodzę głodna. To nic, że mam pokłute palce, bo co godzinę sprawdzam czy już mogę coś zjeść. To nic, że z pierniczków, które upiekłam zjadłam tylko 1 (słownie jeden). Najważniejsze, że jestem w domu. Że mam czas na świąteczne porządki. Że zdążę kupić prezent świąteczny dla mamy i przygotować obiad dla teściów, którzy odwiedzą nas w pierwszy dzień świąt. No i oczywiście pomogę mamie w świątecznych wypiekach. W planie mamy szarlotkę, piernik i sernik i zastanawiam się tylko, kto to wszystko zje, skoro połowa spożycia zawsze należała do mnie hihi.

Tak więc moje nastawienie zmieniło się diametralnie. Zamiast narzekać, że muszę siedzieć w domu, cieszę się, że nie siedzę w szpitalu.



A propos świątecznych wypieków, poniżej podaję obiecany przepis na ciasto drożdżowe, z którego robiłam makowce i strucle z serem. Jak już pisałam wcześniej, makowce wychodzą świetne, natomiast nadzienie serowe wymaga jeszcze dopracowania, bo troszkę mi się ciasto rozjechało w piekarniku.

CIASTO DROŻDŻOWE

1 kg mąki
1 szkl. cukru
1 szkl. mleka
250 g margaryny
10 dkg drożdży
4 żółtka
1 łyżeczka soli
zapach waniliowy - kilka kropli

Mleko podgrzewamy, ale nie zagotowujemy. W ciepłym mleku rozpuszczamy drożdże z 1-2 łyżeczkami cukru. Zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia.
Rozpuszczamy margarynę i zostawiamy do ostygnięcia.
Żółtka ubijamy z cukrem.
Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy żółtka z cukrem, przestudzoną margarynę, wyrośnięte drożdże, sól i zapach waniliowy. Wyrabiamy ciasto drożdżowe ręcznie tak długo, aż wszystkie składniki się połączą i ciasto zacznie odchodzić od ręki.
Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Na stolnicę wysypaną mąką wykładamy dużą garść ciasta drożdżowego.

Ciasto rozwałkowujemy cienko na szerokość blaszki, w której będziemy piekli naszego makowca (ja zawsze piekę na blaszce od piekarnika, mieszczą się 3 sztuki jednocześnie). Na rozwałkowane ciasto wykładamy przygotowaną masę makową (ja zawsze stosuję gotową masę, nie dojrzałam jeszcze do tego aby pokusić się o przygotowanie jej własnoręcznie). Mak smarujemy rozbitym białkiem, żeby po upieczeniu nie odchodził od ciasta. Następnie zwijamy naszego makowca i układamy we wcześniej wysmarowanej blaszce. Ciasto odkładamy w ciepłe miejsce żeby jeszcze trochę podrosło. Przygotowujemy następne makowce, do wyczerpania składników. Powinno w sumie wyjść 4-6 makowców.
Pieczemy około godziny w 170-180st.


Przepis znalazłam w necie. Przepis na masę makową również tam był, ale nie podaję, bo nie wypróbowałam.

A skoro wspomniałam o pierniczkach, to też podam na nie przepis, bo wg mnie wychodzą rewelacyjne:) Może ktoś skorzysta.

PIERNICZKI
50 dag mąki
20 dag cukru pudru
20 dag miodu
12 dag masła lub margaryny
1 jajo
1 dag sody oczyszczanej (to mniej więcej czubata łyżeczka do herbaty)
2 łyżki stołowe przypraw korzennych do piernika

Mąkę wymieszać z sodą, zrobić wgłębienie na środku, wlać miód, dodać przyprawy korzenne, cukier, miękkie masło i jajo. (Miód, jeśli nie jest płynny, można też wcześniej podgrzać razem z masłem, cukrem i korzeniami, a potem ostudzić i połączyć z mąką).
Zagnieść ciasto jak na pierogi. Wyrabiać aż będzie gładkie i jednolite w przekroju. Wykrawać różnej grubości pierniczki i piec w 180st. około 10 minut. Trzeba uważać, żeby nie zrumieniły się zbyt mocno, ponieważ mogą stać się zbyt twarde i nabrać nieco goryczki.


Piekę te pierniczki 3 rok z rzędu, więc z doświadczenia mogę podpowiedzieć, że najlepiej od razu zrobić podwójną porcję:)




piątek, 03 grudnia 2010
Śnię o słodyczach

Wróciłam dziś od diabetologa lekko podbudowana. Zalecenia nie są bardzo restrykcyjne. Podejrzewam, ze to zasługa mojej figury. Pani dr chyba podejrzewała, że się głodzę i wyraźnie podkreśliła, że mam jeść dużo, tylko nieco inaczej, nie tłusto i nie słodko. Uspokoiłam ją, że moja chudość to tak od zawsze, a ja potrafię zjeść za dwóch, a jak trzeba to i za trzech dam radę. Dostałam pozwolenie na kawałek ciasta od czasu do czasu, więc może mój dzisiejszy sen się spełni i małż zabierze mnie do naszej ulubionej kawiarenki na szarlotkę albo lody:)


Uwielbiam wpatrywać się w mój falujący brzuch. A on faluje. Oj jak faluje. I podskakuje. Oczywiście ja ze swoją naturą: lepiej martwić się na zapas niż zostać nieprzyjemnie zaskoczonym, zastanawiam się czy mała robi fikołki z radości czy może kopie, bo jej źle. Pozostaje mi jednak mieć nadzieję, że to energia ją rozpiera.