RSS
sobota, 30 listopada 2013
Zmiany czy zastój – nie wiem co gorsze – cz. II

Było o zmianach, więc teraz o zastoju. Nie mylić ze spokojem, bo z nim nasza obecna sytuacja ma niewiele wspólnego. Kierując się radami lekarzy, postanowiliśmy, że do końca roku nie puszczamy Madziuty do przedszkola. Tyle mniej więcej czasu potrzeba, by po chorobie i antybiotykach porządnie się zregenerowała. Spróbujemy znów od stycznia, ale mam spore wątpliwości czy się uda. Gdy Madzia jest w domu, często opowiada o przedszkolu i mówi co będzie robić gdy tam pójdzie. Ale biorąc pod uwagę 3 ostatnie wizyty, boję się, że nie obejdzie się bez łez i że ja wtedy wymięknę. Żebym jeszcze wiedziała, że dobrze robimy. A ja cały czas mam ogromne obawy, że po prostu za wcześnie próbujemy ją wysłać w świat. Boję się, że nawet jeśli jej się tam podoba, to po prostu nie dojrzała jeszcze emocjonalnie do tego, by zostawać w przedszkolu bez kogoś bliskiego. Wszyscy twierdzą, że to normalne, że płacze. Tylko że przez te 2,5 roku macierzyństwa nauczyłam się, że na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Jak do tej pory wszystkie duże zmiany udawało nam się wprowadzać bez łez. Chciałabym aby i ta nastąpiła w ten sposób. Wiem, że już trochę schizuję, ale zaczynam nawet przypisywać swoim snom jakieś większe znaczenie. Jakiś czas temu śniła mi się Madzia w zbyt dużych butach. Zaczynam się zastanawiać czy to nie znak, że pakujemy ją w coś, co jeszcze nie jest dla niej.

Przed nami więc miesiąc niepewności. Nie znoszę takiego czekania. Już bym wolała wiedzieć, że się nie uda i mieć jasną sytuację. A tak, żyjemy nadzieją podszytą wieloma wątpliwościami.

Ale nic to. Najważniejsze, że dziecko nam wyzdrowiało. Poza tym idą święta. Czujecie to? Ja już tak. Skupię się na porządkach, wypiekach i szukaniu prezentów i nie będę miała czasu na roztrząsanie sytuacji.



wtorek, 05 listopada 2013
Zmiany czy zastój – nie wiem co gorsze – cz. I

Gdy zaczęło się u nas zmieniać i to chyba w pożądanym kierunku, to ja, jak to ja, znalazłam sobie powody do zadręczania się. A gdy nagle przyszedł zastój, to jest jeszcze gorzej, bo nienawidzę takiej atmosfery oczekiwania. A co jest w ogóle najgorsze, to fakt iż zastój jest wynikiem choroby.

Zacznę od początku. W połowie września okazało się, że w przedszkolu, do którego składaliśmy podanie, zwolniło się miejsce i nasze dziecię jest tam mile widziane. Po tygodniu psychicznego nastawiania Madziuty i przede wszystkim siebie, zaprowadziłam małą do przedszkola. Ale jeszcze przed tym po sugestii Pani dyrektor, że mile widziane są dzieci bez żadnych nałogów, odsmoczkowaliśmy Madzię. Udało nam się to bez najmniejszego problemu. Zrobiłam dziurki w Madziowych smoczkach i udając zaskoczoną, ale jednocześnie z odpowiednią dawką entuzjazmu, poinformowałam ją, że skoro smoczki się zepsuły tzn. że jest już za duża, by ich używać. Po niecałej minucie płaczu Madzia spróbowała włożyć jeden z nich do buzi, a po stwierdzeniu „przeszkadza mi” odłożyła go. Od tej pory zasypia bez smoka. Choć zasypia to chyba za dużo powiedziane, ona po prostu w okolicach 19tej pada ze zmęczenia, ponieważ niestety wraz z pożegnaniem smoczka, przestała sypiać w dzień. I to jest mój pierwszy powód do zadręczania się. Nie chodzi mi wcale o to, że nie mam już tych cudownych 2 godzin w ciągu dnia na zregenerowanie sił, bo dzięki temu mamy z małżem dłuższe wieczory. Martwię się, bo widzę, jak bardzo mała potrzebuje drzemki. Jest zmęczona, im bliżej wieczora tym bardziej marudna, ale nie jest w stanie wyciszyć się na tyle, by zasnąć. Szkoda mi jej okropnie. Rozważałam nawet oddanie smoka, ale nie chcę dziecku robić wody z mózgu. Cały czas liczę na to, że w końcu jakoś sobie ureguluje czas snu.

Drugi powód do zadręczeń to przedszkole. Zaczęło się nieźle. Przez pierwsze 3 dni mała bardzo nie chciała zostać, ale jak już udało mi się wymknąć, to podobno prawie nie płakała. Cały czas trzymała się blisko Pani przedszkolanki i mało bawiła z dziećmi, ale pani twierdziła, że jest nieźle. Za to w domu zachowywała się zupełnie normalnie, opowiadała co robiła i mówiła, że znów chce iść. Niestety po tych 3 dniach Madzia rozchorowała się na prawie 3 tygodnie. Gdy wróciła do przedszkola po tej długiej przerwie, było bardzo różnie. Jeden dzień popłakiwania, drugi ponoć super dobry i jeszcze jeden kiedy zabrałam ją z powrotem do domu, bo mi serce pękało jak płakała, że nie chce zostać. Po tym incydencie do przedszkola zaprowadził ją małż, i ponoć tego dnia było dobrze, ale już następnego, z powodu płaczu nawet nie wyszliśmy z domu. Więcej zresztą nie musieliśmy próbować, bo Madziuta znów się rozchorowała. Po tygodniu kaszlenia stwierdzono zapalenie płuc, delikatne ale jednak. Diagnoza padła w szpitalu, do którego trafiliśmy z jeszcze innego powodu, ale tym już nie będę Was zanudzać, bo skończyło się na szczęście tylko 3 godzinną wizytą na izbie przyjęć. Aktualnie zadręczam się więc stanem zdrowia mojego dziecka. Jest ponoć lekka poprawa, ale antybiotyku jeszcze nie odstawiamy. A to już drugi w odstępie miesiąca:(

Jak sami widzicie, zmiany raczej nie wyszły nam na dobre. Ciąg dalszy opisu naszej obecnej sytuacji nastąpi w kolejnym wpisie.