RSS
czwartek, 22 listopada 2012
Domyślna mama to skarb

Usypiam Madzię na drzemkę. Idzie mi dość kiepsko. Po opowiedzeniu dwóch bajek, śpiewam wymyślaną na poczekaniu piosenkę o myszce, dumna że nawet udaje mi się zrymować co jakiś czas.

Madzia: Nienie

Śpiewam dalej

Madzia Nienie nienie

Ja: Kotek?

Madzia: Tak

No to wplatam szybko w piosenkę coś o kotku, nie do rymu, ale trudno.

Madzia: lala

Ja: ???

Nadal śpiewam.

Madzia: lala, lala

Ja: Zaśpiewać piosenkę o kotkach?

Madzia: Tak (z niekłamaną radością, że matka w końcu zajarzyła)

Zaśpiewałam jej naszą piosenkę o kotkach, przytuliła się i zasnęła. Wrrr. Nie mogła powiedzieć wcześniej?


Udało mi się w weekend wyskoczyć z małżem na „Mój rower”. Wyjście było spontaniczne i nieco wariackie, bo wychodząc z domu wiedzieliśmy tylko, że mamy nieplanowaną randkę i nie bardzo wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Pogoda nie sprzyjała spacerom, a brzuchy mieliśmy po obiedzie tak pełne, że nawet gorąca czekolada z Cafe Anioł nas nie skusiła. Drogą eliminacji wybraliśmy kino. Wyjeżdżaliśmy dokładnie w chwili, gdy miał się rozpocząć seans i pierwszy raz cieszyliśmy się z długich reklam przed. Film jest dokładnie taki, jakie lubię. Prosta historia, która bawi i wzrusza na zmianę. Do tego piękne zdjęcia i muzyka, i bardzo dobra moim zdaniem gra aktorów, wszystkich trzech. Naprawdę polecam.


czwartek, 15 listopada 2012
Do wiosny nie wychodzę z domu

Dzisiejszy spacer mnie wykończył. Ubieranie. Najpierw Madziuta, później ja. Swetry, kurtki, czapki, szaliki, rękawiczki (Madzia swoje zdjęła już po kilku minutach, bo przecież w rękawiczkach nie da się jeść a ona w wózku MUSI jeść). Już mi gorąco. Schodzimy na dół. Dobrze, że idzie ze mną mama, bierze małą, a ja przynajmniej mogę spokojnie zamknąć drzwi. Otwieram garaż, żeby wyjąć wózek. Gdyby nie mama, Madzia już dawno stałaby w błocie albo pobiegłaby szukać jakiegoś „nienie”. Teraz tylko się drze, bo babcia ją trzyma za kaptur. Wkładamy ją do wózka, przykrywamy kocem, a ta już domaga się „am”. Chrupek w łapkę i jedziemy. Leci mi z nosa. Szukam chusteczek. Portfel, okulary, dokumenty, klucze, żarówka. SĄ. Ulga. Madzia wcina już czwartego chrupka. Gorąco mi. Zdejmuję rękawiczki. Zdjęłabym czapkę, ale przewiana głowa = migrena, a po wczorajszej mam przesyt. Madzia krzyczy "am". Wchodzimy do sklepu. Rozbieramy małą, żeby się nie spociła. Po kilku minutach stwierdzam, że nie wyrobię i też się rozbieram. Żeby tylko nic nie zgubić (ostatnio jakiś miły pan gonił mnie po całym sklepie, bo gdzieś w okolicy bananów zostawiłam rękawiczki). Zakupy, kasa, pakowanie. Am, am, am. Gorąco mi, a tu trzeba się ubrać. Najpierw Madzia, potem ja. Wychodzimy ze sklepu. Znów kapie mi z nosa. Znów szukam chusteczek. Powinnam je nosić w kieszeni. Otwieram nową paczkę chrupków. Jesteśmy pod domem. Szukam kluczy do garażu. Portfel, okulary, żarówka, dokumenty, chusteczki, dwie paczki. Gorąco mi. Mama bierze siaty z zakupami, ja Madziutę i koc. Jeszcze tylko trzeba pokonać schody na 3 piętro. Madzia oczywiście musi sama. Idzie, nie pozwala sobie pomóc. Asekuruję ją z daleka. Traci równowagę, uderza głową w poręcz. Wyje. A nie mówiłam? Miałaś uważać. Odpowiedź „tak” i uśmiech. Udawała. Gorąco mi a ona zaczyna schodzić w dół. Biorę ją na ręce. Ona w kurtce, ja w płaszczu. Docieramy do drzwi. Podczas gdy ja otwieram, ona wchodzi wyżej. Idę po nią i wnoszę do domu. Rozbieram się. Zwykle zaczynam od niej, ale dziś bym chyba umarła. Rzucam ciuchy gdzie popadnie. Nie wiem kto to posprząta.

Zwykle drzemkę Madzi wykorzystuję na maksa. Dziś nie byłam w stanie zrobić nic. I pomyśleć, ze latem robiłyśmy po 2, 3 spacery dziennie.

Szacun dla mam, które mają więcej niż jedno dziecko. Ja mam dośc spacerów z jednym. Zimę przesiedzę w domu. Już nawet wiem, co będę robić. Będę udawała, że boli mnie głowa. Wczoraj miałam migrenę. Prawdziwą, nie udawaną. I była to już druga z kolei migrena, podczas której moje dziecko zachowywało się jak anioł. Przez cały dzień leżałam zwinięta w kłębek, a Madzia bawiła się albo oglądała bajki. Kilka razy podsuwała mi pod nos książeczki, na szczęście każdą znałam na pamięć, nie musiałam więc nawet otwierać oczu, żeby jej opowiedzieć co jest na obrazkach i wyrecytować tekst. I do tego jeszcze rozwalała mnie, podchodząc co jakiś czas i dając mi buziaka :)


środa, 07 listopada 2012
Przekąska

Na początek sprostowanie, bo z przedostatniego wpisu mogło chyba wynikać, że Madzia ma „tsi” latka. Ona tak utrzymuje owszem, ale tak naprawdę w lutym skończy dopiero 2:)

Dziś rano, gdy stałam przed lustrem i nakładałam makijaż na mą bladą twarz (dlaczego opalenizna tak krótko się utrzymuje :/), usłyszałam, że Madziuta łazi po mieszkaniu i pociamkuje. Rzuciłam się sprawdzić, co też tym razem wpakowała do buzi i czy nie ma ryzyka połknięcia. Odetchnęłam, gdy ujrzałam kawałek chlebka, ale zastanowiło mnie źródło jego pochodzenia.

Ja: Skąd masz chlebek? - zapytałam żywiąc nadzieję, że dorwała coś ze stołu w kuchni a nie znalazła porzucony przez Kluchę.

Madzia: Łała    (więc jednak)

Ja: Od pieska? A gdzie piesek miał chlebek?

Madzia: pokazała paluszkiem posłanie Kluski


Madziutową zdobycz oddałam Klusce, ale nie była zainteresowana. Madzi wręczyłam świeżą kromkę, ale ta już jej tak nie smakowała.

Czasami, gdy potrzebuję chwili wytchnienia od małej, daję jej coś do jedzenia. Wtedy mam jak w banku, że Klucha będzie za nią łazić, Madzia będzie ją karmić albo przed nią uciekać ciesząc się jak dzika, a ja będę mogła w spokoju pozmywać/pogapić się w monitor/doczytać kolejną stronę książki/wypić kawę. Stąd pewnie dzisiejszy chlebek :)