RSS
czwartek, 21 lutego 2013
Klucz w portfelu???

Mam dziś dużo czasu na zrobienie wpisu na blogu. Normalnie spędziłabym go z małżem, ale jestem na niego wściekła. Wiem, że nie chciał, że nie zrobił tego specjalnie, ale nagrabił sobie i nic mnie teraz nie zmusi bym usiadła obok niego na kanapie. Niech wie, że jestem zła.

Od poniedziałku planowałam sobie dzisiejsze wieczorne wyjście na fitness. Zaczęłam chodzić bardzo niedawno i na razie wypróbowuję różne zajęcia, bo nie do końca jeszcze wiem na czym mi zależy, ale na tych dzisiejszych, nie wdając się w szczegóły dlaczego, zależało mi bardzo. Karnet wykupiony, jedno wejście 3 x droższe niż przeciętne, ale co tam. Najpierw okazało się, że małż nie zdąży wrócić, bo ma dużo pracy. Zrozumiałam, nie miałam pretensji, w końcu nadgodziny robi prawie codziennie, więc nawet to przewidziałam. Z Madziutą została mama, a ja pojechałam sobie godzinę wcześniej, bo skoro już tyle płacę, to przynajmniej wycisnę z tego jak najwięcej potu. Po 20 minutach na bieżni zadzwonił telefon. Zapytacie po co mi telefon na bieżni? Teraz też już wiem, że zabieranie go ze sobą było błędem. Ale uznałam, że jako odpowiedzialna mama (mama a nie żona!), powinnam być pod telefonem, kiedy tylko mogę. Dzwonił małż z informacją, że w zasadzie to on mógłby już wyjść z pracy, ale w domu został jego portfel a w portfelu jest klucz do biura, a ponieważ on wychodzi ostatni, to musi to biuro zamknąć. Oszczędzę Wam opisu kolejnych 20 minut kiedy to małż próbował wykombinować jakiś zastępczy klucz oraz przekleństw, które się przez ten czas przewinęły. Stanęło na tym, że JA muszę mu ten klucz dowieźć, tzn. muszę wyjść tuż przed zajęciami, na które tak bardzo czekałam, a co za tym idzie mam zmarnowane wejście na fitness. Oczywiście mogłabym wyjść dopiero po zajęciach, niech se stary czeka, mógł pamiętać o portfelu, ale to byłoby za długo dla Madziuty, którą trzeba było położyć spać. No więc wyszłam i pomknęłam moją czerwoną strzałą marki Skoda po ten nieszczęsny portfel. A teraz najlepsze. Gdy dojeżdżałam do domu znowu zadzwonił małż. Przyszła pani od sprzątania i oczywiście miała klucz do biura. Ta daaaam!

Czy ktoś wie, dlaczego ten człowiek siedzi jeszcze żywy na tej kanapie?


czwartek, 14 lutego 2013
Zgaduj zgadula

Moje dziecko coraz więcej mówi. Etap „łała” (piesek) i „nienie” (kotek) minął już na dobre. Teraz mamy znacznie trudniejsze słowa i pierwsze zdania. Nie ma chyba wyrazów, z którymi Madziuta nie próbowałaby się zmierzyć, co najwyżej te bardziej skomplikowane tworzy we własnym dialekcie. My zazwyczaj rozumiemy ją doskonale, jednak zdarzają się wyjątki. Jakiś czas temu Madzia przez cały dzień domagała się „dowódki”. Wiedzieliśmy jedynie, że jest to coś do jedzenia, nic poza tym. Za pierwszym razem udało się „dowódkę” zastąpić „madzitką” czyli mandarynką. Przy drugim podejściu Madzia załamana tępotą swoich starych sama się poddała. Gdy wieczorem po raz trzeci rozległo się zniecierpliwione „dowódkę”, postanowiłam poszukać pomocy u mojej mamy, która oczywiście też mówi językiem swojej wnuczki. Tego słowa jednak i ona nie pamiętała. Olśnienie przyszło następnego dnia. Chodziło o drożdżówkę. Takich sytuacji nie ma jednak zbyt wiele i zwykle podobne zagadki udaje się rozwiązać w kilka minut.

Tym co zaczyna mnie lekko irytować jest to, że Madzia zdrabnia i nam też każe używać zdrobnień. Tak więc gdy w bajce, którą opowiadam, pojawia się kaczka, natychmiast zostaje przez Madzię poprawiona na kaczuszkę. Kotek nie może machać ogonem, tylko ogonkiem. Myślę, że Madziuta zdrabnia przynajmniej trzy czwarte używanych przez siebie słów. Ba, ona zdrabnia nawet zdrobnienia. Ostatnio z nożyka zrobiła „nożyczek” a z rybki „rybeczkę”. Wczoraj rano usłyszałam takie oto stopniowanie: „ała, ałka, ałeczka”, po czym zjawiła się przede mną moja córka i kazała „pocacować” się w paluszek. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to nasza wina/zasługa – do wyboru wedle uznania. Ale można uznać to za dziwne w rodzinie, w której małż zawsze brzydził się zdrobnieniami, a ja sama również ich unikałam. Oto co taki brzdąc potrafi zrobić z dorosłymi ludźmi.

A może któryś z moich drogich czytelników ma ochotę sprawdzić czy dogadałby się z moim dzieckiem? Oto kilka najczęściej funkcjonujących w naszym domu słowotworów:

palulać, kefko, papałki, kibozoj, pafitka

Pokusicie się o rozszyfrowanie ich znaczenia? :)