RSS
środa, 17 lutego 2010
Biało nie tylko za oknem

Ależ ja uwielbiam robić małżowi niespodzianki. Wczoraj to było tak, że byliśmy umówieni na dostawę i montaż szafy między 16 a 18tą. Panowie montażyści jednak już od rana męczyli mnie telefonami i straszyli, że od południa będą czekać pod moim domem (ostatecznie czekali tylko półtorej godziny a i tak dostali opierdol  od sąsiada). Tak więc zwolniłam się z pracy i o 16 moja wymarzona, cudownie biała i pachnąca nowością szafa stała już w sypialni. Postanowiłam trzymać język za zębami i nie wygadałam się nawet gdy małż dzwonił, żeby zapytać jak się sprawy mają (ja to jednak umiem kłamać). Niespodzianka się udała. Małż wpadł w zachwyt, a gdy jeszcze w salonie stanął naszymi własnymi ręcamy skręcony regał to już w ogóle pękaliśmy z dumy (i słanialiśmy się na nogach).
Dziś ciąg dalszy zabawy - małż układa książki w regale a ja ciuchy w szafie - czyli dla każdego coś miłego.

poniedziałek, 15 lutego 2010
Koniec wolności

Wróciłam dziś do pracy po 5 okrąglutkich i jakże przyjemnych dniach urlopu. Dni były na tyle pracowite, że nie miałam czasu zasiąść do kompa (no chyba że po to aby sprawdzić firmową skrzynkę), ale narzekać nie mogę. Sporo udało mi się załatwić. Zaliczyłam wizytę kontrolną u gina (wszystko jest w porządku, więc na wiosnę możemy zacząć majstrować Klusce rodzeństwo). Znaleźliśmy z małżem kupca na nasze stare meble, w związku z czym pół dnia Św. Walentego spędziliśmy w Ikei (ale o tym na razie ciii, żeby nie zapeszać).  Liczyliśmy na to, że chociaż wieczór będzie przyjemny i uda nam się jakoś uczcić święto zakochanych. Niestety, po tylu godzinach w Ikei moja głowa odmówiła posłuszeństwa. Tak więc wieczór przeleżałam w łóżku bynajmniej nie z małżem, ale z migreną (no i Kluchą oczywiście). Ale oprócz załatwiania spraw i sprawunków, podejmowania ważnych decyzji (jak np. wybór wysokości szafy) i ogólnego biegania jak kot z pęcherzem, udało mi się również wyspać, odpocząć, zrobić kilka dobrych obiadków i pochodzić z Kluchą na spacerki (ależ ona uwielbia zabawy na śniegu, a jak fajnie wygląda z czarnym pyszczkiem umorusanym w białym puchu).

A w piątek byliśmy z małżem na walentynkowym maratonie kinowym. Żaden z filmów nie powalił mnie na kolana, ale też nie oczekiwałam tego od komedii romantycznych.  I nie, "Walentynki" drugim "Love actually" nie będą.

poniedziałek, 08 lutego 2010
To była pracowita niedziela

Od długiego czasu dawał nam się we znaki brak miejsca na przechowywanie ciuchów, książek i innych szpargałów. Z zamiarem kupna nowej pojemniejszej szafy nosimy się od... tak dawna, że już nawet nie pamiętam. Ale w końcu dotarło do nas, że jeśli szybko czegoś nie zrobimy, to ani się obejrzymy a ciuchy będziemy układać na stosach na podłodze.
Tak więc, jeszcze w tym tygodniu pachnąca nowością szafa stanie w naszej sypialni (taki jest plan, zobaczymy jak będzie z realizacją). I aby
rzeczywiście odczuć różnicę, przeniesiemy do niej tylko te rzeczy, których naprawdę używamy i to częściej niż raz na pół roku. Całą resztę należy wynieść, im dalej tym lepiej.
W tym  celu wczoraj około południa rozpoczęliśmy wielką segregację. Musiałam się mocno pilnować, aby zostawić jak najmniej przydasiów (tendencję do chomikowania mam po mamie, która tosięnapewnojeszczeprzydasiami zapełniła 2 piwnice: swoją i naszą).
Wszystko, co w ciągu ostatniego roku nie było przez nas używane, podzieliliśmy na 3 kategorie:
- ciuchy, które zaniesiemy do kościoła dla potrzebujących
- ciuchy, które wyniesiemy do piwnicy, bo jeszcze nie jesteśmy gotowi (no dobra, ja nie jestem) na rozstanie z nimi
- ciuchy, które wylądują w skrzyni łóżka, bo prawdopodobnie jeszcze się przydadzą (takie łóżko z pojemną skrzynią to się dopiero przydaje, wszystkie buty w niej trzymamy)

Gdy skończyliśmy, byliśmy skonani, ale też bardzo usatysfakcjonowani, bo okazało się że połowa rzeczy zalegających w starej szafie, do nowej już nie wróci.
Mam nadzieję, że razem z szafą kupimy też nowy dom dla książek czyli jakiś porządny regał, bo już nie mamy gdzie ich upychać.


W komentarzach do artykułu dotyczącego pomysłu likwidacji stypendiów naukowych przeczytałam dziś:
"Kiedyś człowiek nazywał sie humanistą z powodu tego, co umiał a dzisiaj na miano humanisty zasluguje ten, kto czegoś nie umie".
Autorowi chodziło o to, że kiedyś humanistą nazywano człowieka wszechstronnie wykształconego, a dziś każdy kto ma problemy z przedmiotami ścisłymi, określa się tym mianem. Prawda, że trafnie ujęte?





czwartek, 04 lutego 2010
Przełom?

Zaciągnęłam wczoraj małża na zakupy. Był to nie lada wyczyn zwłaszcza, że chodziło o ciuchy i to o ciuchy dla niego. On nie znosi zakupów. Chodzenie po sklepach to dla niego męka. W ogóle nie odczuwa potrzeby kupowania sobie ubrań. Wymyślił nawet kiedyś, że powinno się robić takie zestawy: sweter, t-shirt, spodnie, buty, skarpetki i majtki. Wchodziłoby się do sklepu 2 razy w roku, kupowało komplecik i już. Do wczorajszego wyjścia ostatecznie przekonało go chyba słowo przeceny. Spotkaliśmy się po pracy, ja uzbrojona w dużą dawkę cierpliwości i psychicznie przygotowana na jego marudzenie, on lekko przerażony.
W tym miejscu mej wypowiedzi wspomnieć należy, że małż jest typem, dla którego każdy ciuch w kolorze innym niż: czarny, szary, granatowy, brązowy lub beżowy, to ciuch pedalski i chyba ocipiałam jeśli myślę, że on takowy założy. O ileż wielkie było moje zdziwienie, gdy pokazałam mu sweter w kolorze ceglasto czerwonym, oczekując albo totalnego zlekceważenia albo pytania o stan mojego umysłu, a on zgodził się go przymierzyć. Idąc za ciosem nazbierałam jeszcze kilka sztuk odzieży tym razem już w małżowych stonowanych kolorach i udaliśmy się do przymierzalni. Ceglasto czerwony sweter niestety okazał się za mały (fffak, taka okazja może się już nie powtórzyć). Ale za to małż nabył koszulę w kolorze granatowym w.... uwaga uwaga: RÓŻOWĄ KRATĘ. Próbował protestować, owszem, wszak różowy to najbardziej obcy mu kolor (ileż ja razy słyszałam wypowiadane przez małża z niekłamanym zdziwieniem i obrzydzeniem "ty, czy on ma różową koszulę?"), i podejrzewam, że ostatecznie zadecydowała chęć wyjścia ze sklepu, zwłaszcza, że był to ostatni z nastu ciuchów jakie małż przymierzył. Ale faktem jest, że koszula została kupiona i trzeba to gdzieś zapisać, co niniejszym uczyniłam. Kiedyś pokażę dzieciom. Ciekawam tylko czy będzie to świadectwo przemiany gustu ich ojca, czy może dowód jedynie chwilowej słabości.