RSS
piątek, 27 lutego 2009
Biznes trip i utrata pracy...

Kilka ostatnich dni spędziłam  na przygotowaniach do wyjazdu. Dziś wybywam. Do kraju o zapachu sosu sojowego i smaku zielonej herbaty. Kraju prześlicznych dzieci i niezbyt pięknych dorosłych. Kraju, w którym wszyscy jedzą pałeczkami (siet!). Wybywam do Czajna. Moje podniebienie znów czeka cała masa kulinarnych nowości  - nie mam nic przeciwko, lubię eksperymenty, byle tylko nie machały do mnie z talerza, i oby się je łatwo chwytało pałeczkami, bo cholera cały czas mam z tym problem. To chyba jedna z tych rzeczy, których nie jestem w stanie opanować, choćbym nie wiem ile trenowała. Druga to francuski:/

No więc siedzę sobie już całkiem spakowana, nastawiam się psychcznie na zetknięcie z tamtejszą kulturą, na bekających Chińczyków, śmierdzące toalety, ciężką pracę (bo to niestety nie wakacje) no i na rozstanie z małżem. To będzie najdłuższe nasze rozstanie od ślubu. A najgorsze jest to, że kolejny raz zostawiam go w trudnym życiowym okresie.

Małż 2 dni temu przyniósł z pracy kiepskiego newsa. Nie, on go nie przyniósł, on zadzwonił by podzielić się nim już z samego rana. Jakby nie mógł potrzymać mnie w błogiej nieświadomości do popołudnia:/ No więc małżowi wręczono rozwiązanie umowy o pracę. Bo kryzys ble ble, redukcja ble ble. Zaskoczenie nasze było ogromne, bo małż się uważał za osobę, którą ciężko w firmie zastąpić. Nie nie, on próżny nie jest. Ale telefony z firmy, które musiał odbierać za każdym razem gdy był na urlopie, mogły go w takim przeświadczenieniu utwierdzać.

Wszystko byłoby cacy, bo myślę, żę małż jest dobry w tym co robi i kontakty w branży ma, gdyby nie pie.... kryzys. Teraz ze znalezieniem  pracy za przyzwoite pieniądze może być ciężko. Bo wszyscy zwalniają, redukują, obniżają i takie tam. Ale ja w małża wierzę i wiem, że radę sobie da. Tylko szkoda mi go zostawiać takiego przybitego. Ale jak mus to mus. A gdzieś tam głęboko, mam taką maleńką nadzieję, że jak wrócę to małż już będzie miał coś na oku.

piątek, 20 lutego 2009
Jagodowa miłość

Byliśmy wczoraj z małżem w kinie na "Jagodowej miłości". Właśnie takie filmy lubię. Filmy, w których właściwie ciężko powiedzieć o czym są. Filmy, które ogląda się dla samej przyjemności oglądania. Akcja toczy się powoli, sennie. Takie trochę kino drogi z piękną muzyką (kolejna muza z filmu do ściągnięcia) i pięknymi zdjęciami. No i jest na kogo popatrzeć, zwłaszcza na Natalie Portman i Norah Jones. Film bardzo przyjemnie nastraja. Aż się nie chciało po seansie wstawać z fotela.

Małżowi też się podobało, ale powiedział, że i tak nie przekonał się do tego typu filmów. Wg niego jak w filmie ktoś komuś po mordzie nie da, to nie film...

A dziś piątek, ulubiony dzień mojego męża (ja waham się między piątkiem a sobotą:) I chyba trzyma nas jeszcze wczorajszy nastrój, bo jakiś ten wieczór taki cichy, przytulny...

wtorek, 17 lutego 2009
Nie lubię poniedziałku

Wczorajszy dzień dał mi popalić. Rano mój autobus nie zatrzymał się na przystanku, na którym miałam wysiąść (dobrze, że nie pobiłam kierowcy autobusu), a po południu dopadła mnie migrena. I to taka wredna odmiana migreny, co to zasnąć nie pozwala, tylko rzuca człowiekiem z boku na bok i zmusza go do kontemplacji bólu. No i kontemplowałam. Prawie 6 godzin przeleżałam, wiercąc się i bezskutecznie szukając pozycji, przy której najmniej by bolało. Dopiero o 22 małż mi uswiadomił, że czas wstać, odprawić wieczorny rytuał i dopiero wtedy wrócić do łóżka. Trzeba przyznać, że poskutkowało, bo jak już położyłam się przebrana w piżamkę w misie, to jakoś udało mi się zasnąć. Chyba mój organizm potrzebował dowodu w postaci w/w piżamki, że tym razem już na serio mam zamiar zasnąć.

A dziś o czywiście mam wyrzuty sumienia, że mój małż musiał spędzać wczorajszy wieczór samotnie. Ileż on już takich wieczorów spędził. Ale ja mu to wynagrodzę, jakoś, kiedyś...

sobota, 14 lutego 2009
Walentynki

Tego jeszcze nie było, jest sobota a ja już od 7 nie mogę spać. Małż jeszcze wtulony w poduszkę, mruczy coś od czasu do czasu, a ja skaczę sobie po ulubionych forach i czekam aż się obudzi, żeby móc zacząć świętować walentynki.

Może i jest to glupie amerykańskie święto, w którym chodzi tylko o pieniądze. Święto kwiaciarzy, jubilerów, właścicieli knajp i kin. Ale jednak miłe. Dlatego my poczyniliśmy wczoraj plany na dziś. Ta sobota nie będzie się bardzo różniła od innych. W zwykłą też pewnie zjedlibyśmy obiad na mieście albo wybralibyśmy się do naszej ulubionej kafejki (kórą notabene odkryliśmy w poprzednie walentynki). Jednak dziś wszystko co będziemy robić, będziemy robić Z OKAZJI WALENTYNEK. Jedyne co nas w tym święcie denerwuje to wszechobecne tandetne serduszka, misie i bombonierki. Będę musiała odwracać uwagę małża od wystaw sklepowych, żeby go ta ilość kiczu i lukru o mdłości nie przyprawiła:)

Chyba czas na poranną kawę...

 

 

piątek, 13 lutego 2009
Słomiany zapał
No ładnie, założyłam bloga i zapomniałam o nim. Cała ja. Kupa pomysłów i planów, z których połowa nigdy nie ujrzy końca, a druga połowa nawet początku. Z moich 8 postanowień noworocznych, udało mi się zrealizować 2,1. Ta 1 po przecinku to nauka francuskiego, której co prawda nie poświęcam 15 minut dziennie jak planowałam, ale myślę, że jakieś 5 razy w tym roku udało mi się do francuskiego przysiąść. A może nie jest tak źle? W końcu dopiero luty. Mam jeszcze 10 miesięcy na realizację pozostałych postanowień. Taaak, postanawiam zrealizować swoje postanowienia.
poniedziałek, 09 lutego 2009
wpis testowy
No i założyłam, uff