RSS
czwartek, 24 stycznia 2013
Wstyd mi

Ależ mi Madziuta dzisiaj dzień zgotowała. Przeszła samą siebie. Cały czas coś było źle albo czegoś chciała. Mimo że założyłam, że dziś nic zrobić nie muszę i poświęcam jej cały swój czas, to i tak jej nic nie pasowało. Zwalam to na bunt dwulatka i teoretycznie wiem jak powinnam się w takich chwilach zachować. Naczytałam się w końcu sporo. Niestety nigdzie nie napisali jak z takim zachowaniem ma sobie radzić rodzic choleryk. Zachowałam spokój raz, drugi, trzeci ale w końcu musiałam się wydrzeć. Oczywiście od razu dopadły mnie wyrzuty sumienia, więc byłam zła nie tylko na nią ale i na siebie. I zaczęłam się nakręcać. Im bardziej się nakręcałam, tym bardziej się darłam. Najgorsze jest to, że to dziecko zamiast się wtedy obrazić albo odpyskować, płacze, łazi za mną, wyciąga rączki i woła mamusiu. No przecież serce pęka. Biorę ją więc na ręce i przytulam, ale ponieważ mam coraz większe wyrzuty sumienia, to jestem coraz bardziej wściekła. Więc wystarczy, że ona znów zacznie marudzić, a ja znów krzyczę. Boję się że robię jej wodę z mózgu. Mamusia w jednej chwili przytula i całuje, a w drugiej krzyczy. I jeszcze to usypianie. 45 minut. Też nie wytrzymałam i moje dziecko zasnęło z łzami na policzkach. Zwykle chcę by spała jak najdłużej, a dziś czekam aż się obudzi, żeby móc jej to jakoś wynagrodzić. A wiecie co jest naj naj najgorsze? To że dziś rano po raz pierwszy, zupełnie niepytana powiedziała mi „kofańcie”:( Idę się wypłakać. A potem będę sprzątać, bo na książce i tak się nie skupię a zresztą nie zasłużyłam dziś na przyjemności:(

poniedziałek, 21 stycznia 2013
Moje dziecko mnie wpienia

Madziuta ma taki jeden nawyk, który mocno działa mi na nerwy. BARDZO często wręcza mi do rąk moich własnych to, co akurat trzyma, a czego chce się pozbyć. Jakby nie mogła tego gdzieś odłożyć. I zawsze mówi przy tym „nie” co zdaje się ma oznaczać „nie chcę”. I nie ma dla niej żadnego znaczenia to, że ja akurat mam zajęte ręce. Stoi z wyciągniętą łapą i powtarza to swoje "nie" z coraz większym zniecierpliwieniem, dopóki nie wezmę tego co mi podaje, albo powiem że ma to gdzieś odłożyć. Pół biedy jeśli jest to coś co sama jej dałam np. kubeczek z piciem. Można założyć, że robi to w myśl zasady: od mamusi dostałam, mamusi trzeba oddać. Choć wiem, że tak nie jest, bo Madzia do porządnickich raczej nie należy. Dowód? Jeśli już nie daje tego kubka mi (mnie?), to rzuca go między zabawki. Ale jak przychodzi do mnie z drugiego końca mieszkania z dajmy na to misiem, którego sama sobie wzięła i oddaje mi go, bo akurat zainteresowało ją coś innego, to mam ochotę palnąć ją w tą kitkę na czubku głowy. Nie potrafię wtedy ukryć irytacji i powstrzymać się przed złośliwym komentarzem.