RSS
niedziela, 08 kwietnia 2012
Wesołych Świąt
Wszystkim moim wiernym, mimo że ostatnio bardzo przeze mnie zaniedbywanym (obiecuję poprawę) czytelnikom życzę zdrowych, spokojnych i radosnych świąt. A gdybyście jutro mieli niedosyt wody to zapraszam do nas, mamy śnieg! :)
piątek, 02 marca 2012
Kiepski początek drugiego roku

Madzia chyba trafiła na jakąś urodzinową promocję i hurtem zgarnęła choróbska. Zaczęło się od lekkiego kaszlu a skończyło na zapaleniu gardła, ucha i pięciodniowej trzydniówce.

Bilans poprzedniego tygodnia jest następujący:
  • 3 doby takiej temperatury, że dziecko parzyło przez ubranko
  • 10 dni antybiotyku
  • 4 noce takiego płaczu, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał
  • dwukrotne pobieranie krwi
  • wizyta u laryngologa, po której do dziś mam ochotę odwiedzić panią dr i jej nastukać, bo myślałam, że mi dziecko z płaczu zejdzie i ciągle nie mogę sobie darować, że siedziałam tam i trzymałam małą za główkę, żeby ta sadystka mogła jej w uchu grzebać
  • bunt przeciwko butelce taki, że już poważnie baliśmy się, że nam się dziecko odwodni. Madzia nie chciała nic pić, bo wyczuła, że za każdym razem próbujemy jej wcisnąć jakieś świństwo (antybiotyk lub probiotyk) a my musieliśmy próbować w płynie bo łyżeczką albo strzykawką się nie dało.

No ale stopniowo mała dochodziła do siebie. W weekend było już znacznie lepiej a w poniedziałek wróciło nasze radosne i uśmiechnięte dziecko. Po wczorajszej kontroli u laryngologa już myśleliśmy, że możemy zapomnieć o chorobie na dobre, a tu dziś przypałętał się katar. W zasadzie to ja jej go sprzedałam, bo ja wczoraj mogłam nosem kwiatki podlewać.

Mam tylko nadzieję, że to wszystko to skutek spadku odporności spowodowanej wychodzącymi ząbkami. Pediatra powiedziała, że Madziutek ma dziąsła w stanie tragicznym. A zdaje się, że przyjrzała im się dobrze, tak się mała darła.

Mówię Wam, najgorszemu wrogowi nie życzę chorego dziecka. Wolałabym tydzień najstraszniejszej migreny niż żeby mała choć jeden dzień chorowała.

Trzymajcie kciuki, żeby ten katar znów nie spowodował infekcji uszka:(

środa, 15 lutego 2012
Mamy roczek!

Rok temu, o godzinie 2:52, w nocy z poniedziałku na wtorek, po krótkim i sprawnym (ale dla mnie i tak wystarczająco trudnym by na razie nie myśleć o kolejnych) porodzie przyszła na świat Madziuta. Dziś ma już 8 ząbków (bardzo możliwe że więcej, ale konia z rzędem temu komu uda się zajrzeć jej do paszczy albo kto odważy się włożyć tam palec). Potrafi zrobić cacy cacy, papa, pokazać jaka jest duża i ukochać, gdy ktoś ją o to poprosi (i oczywiście gdy ma na to ochotę). Dzielnie raczkuje i od kilku dni chodzi trzymana za rączki. Uwielbia gdy czytamy jej książeczki i tańczymy trzymając ją na rękach. Potrafi powiedzieć mama, tata, nie, łała (hau hau).

Ja natomiast o minionym roku mogę powiedzieć, że był niewątpliwie najtrudniejszym w moim życiu. Pełnym niewiadomych (o co jej chodzi?), wyzwań (dowiem się o co jej chodzi) i stresów (nie zaspokajam potrzeb mojego dziecka, bo nie wiem o co mu chodzi). Pełnym nieprzespanych nocy, wielu wybuchów złości i płaczu (moich i Madziuty). Mogę powiedzieć, że nie spodziewałam się, że macierzyństwo jest aż tak wyczerpujące. Ale mimo to wiem, że mam najsłodsze dziecko na świecie, a do tego zdrowe i radosne i nie zamieniłabym go na żadne inne (nawet po takim dniu jak dzisiejszy, a wierzcie mi byłam bliska mordu). Nie zamieniłabym głównie dlatego, że małż by się na to nie zgodził. Musiałabym wtedy zmienić też i jego, a on zawsze grozi, że gdyby odszedł to z psem. Wymiana całej rodziny nie bardzo mi się kalkuluje. Tak więc Madzia po rocznym okresie próbnym zostaje na kolejne lata:)

A tak Madziutek wygląda dziś:)


PS. Nadal zazwyczaj nie wiem o co jej chodzi ;)

środa, 08 lutego 2012
Rzeź

Żeby nie być gołosłowną postanowiłam wzmiankę o stawaniu się kurą domową poprzeć czynami. A ponieważ każda szanująca się kura domowa powinna mieć swój ulubiony serial, najlepiej brazylijski, to znalazłam sobie polską brazylianę „Julię”. Denerwuje mnie tam wszystko i wszyscy ale i tak co rano o godz. 8 zasiadam obok bawiącej się Madziuty i oglądam. I nie powstrzymuje mnie nawet to, że Madzia cały czas zerka na ekran, a przecież staramy się ograniczać jej kontakt z telewizją do minimum. Tak, wstydzę się, że to oglądam. Nie, nie zmierzam przestać.

W weekend byliśmy z małżem na „Rzezi” i oboje jesteśmy zachwyceni. Naprawdę warto zobaczyć ten film ze względu na świetne, dowcipne, często złośliwe (co uwielbiam) dialogi i fantastyczną grę, szczególnie aktorek. Długo nie mogłam się zdecydować, która bardziej mi się podobała, Jodie Foster czy ciocia Leonarda (jak mawia małż:)). Chyba jednak Jodie Foster ale to pewnie dlatego, że wg mnie miała większe pole do popisu. Już dawno, oglądając film, tak dobrze się nie bawiłam. Jestem ciekawa czy to zasługa Polańskiego czy po prostu sztuka jest tak dobra. Teatr miejski w Gdyni właśnie wystawia „Boga rzezi” i zastanawiam się czy tego nie sprawdzić.


poniedziałek, 30 stycznia 2012
Mam za sobą straszny weekend

Weekend bez małża, z wyjątkowo marudną Madziutą i dwudobową migreną. Ktoś da więcej?
W sobotę rano małż wyjechał do swoich rodziców. Nie był w rodzinnym domu już rok, więc sama go tam wykopałam. A ponieważ rodzicom zepsuł się ostatnio komputer, to miał dodatkową motywację. Musiał jechać, by przywrócić im łączność ze światem. Zostałam więc sama na polu bitwy i od początku wiedziałam, że to nie będzie równa walka. Madziuta pierwszą drzemkę skróciła sobie ze zwyczajowych 2 godzin do 10 minut. A później? Później beczała za każdym razem, gdy czegoś chciała albo na coś jej nie pozwalałam. Resztę dnia spędziłam robiąc co w mojej mocy, by nie rozwścieczyć mojego dziecka i by ból głowy nie rozhuśtał mi się zbyt mocno. Niestety pod wieczór migrena rozwinęła się do tego stopnia, że w nocy musiałam wołać na pomoc mamę, bo Madziuta budziła się co chwilę, a ja nie byłam w stanie jej usypiać nie tyle z powodu bólu co towarzyszących mu mdłości. Wczoraj w ciągu dnia z moją głową było jeszcze gorzej niż w nocy. Z pomocą mamy dotrwałam jakoś do wieczornego powrotu małża i zaraz po uśpieniu małej, też poległam. I dopiero dziś nad ranem ból zelżał. Choć nawet teraz boję się wykonywać gwałtowne ruchy głową, bo nie mam pewności czy jeszcze gdzieś tam nie tkwi.
Ale wiecie co mnie zaskoczyło? Że w ciągu tak krótkiego czasu zdążyłam tak mocno zatęsknić za małżem. Sądziłam, że przy Madziutce nie zdążę nawet zauważyć, że go nie ma. Ale już sama świadomość, że wróci dopiero następnego dnia sprawiała, że czułam się nieswojo. To straszne być tak uzależnionym od drugiej osoby;)

środa, 18 stycznia 2012
Ko ko ko
Aby nie zaczynać pierwszego w nowym roku wpisu od złych wiadomości, powiem Wam najpierw, że Madziuta umie się przytulać. Wystarczy powiedzieć uściskaj/przytul mamę/tatę/babę/misia a ona zarzuca rączki na szyję i ściska i jest to najprzyjemniejsza rzecz na świecie:)

No, to teraz mogę napisać co mi leży na sercu. Z końcem grudnia skończyła mi się umowa o pracę i mi jej nie przedłużono. Główną przyczyną jest kryzys i mniejsza ilość pracy w naszym obecnie już tylko jednoosobowym dziale. Ale myślę, że nie bez znaczenia były moje ostatnio niezbyt  dobre stosunki z szefem. Mogłabym Wam teraz opowiedzieć historię o starym królu, któremu niestety się zmarło, jego synu, który przejął tron oraz złej królowej, która nigdy mnie nie lubiła. Ale prawda jest taka, że pod nowymi rządami też już trochę przepracowałam i jakoś szczególnie źle mi nie było. Zresztą nie będę Was zanudzać szczegółami. Puenta jest taka, że jestem bezrobotna.
Żałuję strasznie bo przepracowałam w tej firmie 8 lat. To była moja pierwsza praca po studiach i uwielbiałam ją. Dawała mi naprawdę dużo satysfakcji. No i ja strasznie nie lubię zmian. Przywiązałam się mocno do miejsca, mimo że miałam daleko i do ludzi mimo że nie wszystkich uwielbiałam. Nawet do wstawania o 4:50 się przyzwyczaiłam. Dodajcie do tego moją niechęć do zmian i będziecie wiedzieli jak się czuję. Na samą myśl, że będę musiała się wgryzać w coś nowego robi mi się niedobrze. Na razie siedzę w domu i walczę z coraz częściej nachodzącą mnie myślą o zostaniu kurą domową.

niedziela, 25 grudnia 2011
Wesołych Świąt

Wszystkim tym, którzy z pełnymi po wigilijnym obżarstwie brzuchami i zdartymi od śpiewania kolęd gardłami już dawno śpią oraz tym, którzy krzątają się jeszcze po powrocie z pasterki, życzę świąt pełnych radości, miłości i spokoju.

wtorek, 13 grudnia 2011
Czujecie święta?

Bo ja już tak. Dość wcześnie zaczął mi się w tym roku świąteczny nastrój i nawet nie zdążyły mnie zdenerwować mikołaje w listopadzie, może dlatego, że rzadko na mieście bywam, więc nie widuję:) Czekam z niecierpliwością na kolejną świąteczną piosenkę w radio, choćby to miało być „Last Christmas” po raz trzeci tego samego dnia. W tym tygodniu planuję ubrać choinkę i upiec makowce. Zamrażarkę mam już pełną pierogów i krokietów z kapustą i grzybami. Nie będzie niestety w tym roku zapachu pierniczków made by ja, ale przy Madzi muszę ograniczać roboty kuchenne do niezbędnych, bo inaczej padłabym na nos i co mi wtedy po pierniczkach. Przydałoby się jeszcze trochę śniegu na święta. Nie za dużo, żeby teściowie mogli do nas bezpiecznie dotrzeć. Tak tylko, żeby się ładnie zrobiło. A żebyście wiedzieli jak Gdynia wygląda w okresie świątecznym mmmmm ( Amebo to do Ciebie;) )


W niedzielę weszliśmy z małżem na empik.com i w kilkanaście minut kupiliśmy prezenty dla większej części naszej rodzinki. I sobie nawzajem też:) Trochę się wahaliśmy czy zdradzać co dla siebie mamy, ale w końcu postanowiliśmy, ze tym razem obejdziemy się bez niespodzianek. No i wzruszył mnie małż trochę, bo naprawdę postarał się aby mi się podobało. Chyba sama bym w ten sposób nie podeszła do szukania książki dla siebie. On wie, że uwielbiam Paryż, więc szukał czegoś z Paryżem w tytule. Trochę to ryzykowne, ale trafił na książkę, która może być naprawdę ciekawą pozycją. Tak więc lista, którą przygotowałam dla Mikołaja, na wypadek gdyby miał problem z prezentem dla mnie, będzie musiała poczekać na inną okazję. No chyba, że zrealizuję ją bez okazji:)

W ogóle wzrusza mnie ten mój małż ostatnio. Rozczulam się za każdym razem, gdy patrzę, jak bawi się z Madziutą. Widzę, że naprawdę to lubi. I dziwię się skąd ma tyle cierpliwości. To dziecko nie jest w stanie go zdenerwować. Na przykład wczoraj. Miałam mega migrenę, więc gdy tylko małż przekroczył próg domu, wręczyłam mu Madziutę, a sama zaległam z nadzieją, że uda mi się to cholerstwo przespać. Madzia miała wczoraj niestety wyjątkowo słaby dzień, więc co rusz słyszałam jakieś wrzaski i płacz. A małż niewzruszony, zabawiał ją jak mógł, tłumaczył, że tak nie wolno albo pokazywał zwierzątka w książeczce, mimo braku zainteresowania z jej strony. Ja już dawno wyszłabym z siebie, rzuciła jakimś przekleństwem i na pewno darowałabym sobie tłumaczenie. Ale ja jestem choleryczką. Sama siebie potrafię wkurzyć:)
środa, 07 grudnia 2011
Dziś jest dobry dzień na wpis

Bo mam dobry humor:) Madziuta chyba wyczuła, że rodzice ciągnęli na rezerwie i od początku tego tygodnia zachowuje się jak nie ona. Nie marudzi bez powodu, w ciągu dnia zasypia na długie drzemki o stałych porach, a i wieczorem jest znacznie lepiej. Zasypia szybko i bez płaczu. Co prawda na rączkach, ale postanowiłam przestać się tym przejmować. Odpuszczam sobie uczenie jej samodzielnego zasypiania. Skoro od ponad 9 miesięcy nie zrobiłyśmy żadnych postępów a momentami było wręcz gorzej niż na początku, tzn. że albo ja jestem nieudolną nauczycielką albo mała wyjątkowo upartym dzieckiem. Od teraz co wieczór jedynym moim celem będzie aby zasnęła jak najszybciej. Nieważne jak. Jeśli trzeba ją nosić, będę nosić dopóki mój kręgosłup to wytrzyma. Byle tylko nie wierzgała i się nie odpychała, bo wtedy moje nerwy mogą nie wytrzymać. Strasznie mnie to wkurza.

Doszłam do wniosku, że tym co najbardziej mnie męczyło w związku z jej zasypianiem było to moje cholerne planowanie i analizowanie. Zamiast skupić się na tym aby dziecko bezboleśnie zasnęło w danym momencie, ja zastanawiałam się jak będzie zasypiać w przyszłości. Nosiłam ją i zadręczałam się. A co będzie jak się przyzwyczai? Może powinnam ją już odłożyć? Ale co jak się rozbudzi? I tak w kółko. Dosyć tego. Co ma być to będzie. Kiedyś w końcu nauczy się zasypiać samodzielnie. Prawda? W komentarzach mile widziane będą twierdzące odpowiedzi:)

To samo dotyczy smoczka i nocnych pobudek na karmienie. Mała budzi się w nocy i domaga cyca. Po ostatniej próbie (za namową naszej pediatry) odmówienia jej tego cyca, doszłam do wniosku, że jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie na odstawienie od piersi i to przede wszystkim dla mnie. Nie krzyk małej był najgorszy, ale ten żal w jej oczach. Pozostaje mi mieć nadzieję, że wraz z wiekiem nie zrobi się jeszcze bardziej uparta i że coraz łatwiej będzie jej pewne rzeczy wytłumaczyć.

A dziś mamy dzień piszczenia (nasze biedne uszy) i klaskania. Bardzo to rozkoszne, ale byłoby łatwiej gdyby przestała klaskać przynajmniej na czas karmienia łyżeczką;)

A oto i obiecana fotka.

poniedziałek, 28 listopada 2011
Wieści z frontu

Tak wiem, że od 2 miesięcy się nie odzywam. Mea culpa a raczej Madzi culpa. Nieładnie tak zwalać winę na dziecko nie?:) Przepraszam wszystkich którzy tu zaglądają (został jeszcze ktoś taki?) i sprawdzają czy żyję. Wiedzcie, że żyję, wszyscy żyjemy i mamy się dość dobrze. Nie piszę, bo albo nie mam czasu, albo sił (a zazwyczaj jednego i drugiego), albo mamy gości, albo ja migrenę (np. wczoraj). Jednym słowem zawsze kurna coś. Zdarzają się wieczory, gdy już wydaje mi się, że w końcu uda mi się zasiąść do komputera i stworzyć jakąś wiekopomną notkę, ale zwykle wtedy Madzia urządza nam taki koncert przedsenny, że po jej uśpieniu jestem w stanie sklecić jedynie przekleństwa. Niestety nadal walczymy z usypianiem. Było już na tyle dobrze, że wystarczało pół minuty na rączkach, odkładałam małą do łóżeczka i zasypiała, ale to trwało krótko. Później był etap wieczornego wycia przed każdym zaśnięciem. A później etap: gdy jestem na rączkach, udaję, że śpię, ale jak tylko mnie mama odłoży to wstaję. Aktualnie mamy etap niespodzianek, czyli nigdy nie wiadomo jak będzie. Do tego sama sobie zrobiłam ała, upierając się, że sama opracuję strategię usypiania małej. I teraz małż nie może jej uśpić, bo ona jest przyzwyczajona, że robię to ja. Tak więc co wieczór męczę się ja, męczy ona, małż niecierpliwie czeka aż wyjdę z pokoju zostawiając w nim uśpionego wyjca i tylko Kluska ze stoickim spokojem przechadza się po domu rozpraszając Madziutę stukotem pazurków na parkiecie. A chwaliłam się jakiś czas temu, że mała przesypia całe noce? No to już nie mam czym się chwalić. Wydaje mi się, że jej pobudki zbiegły się z moim powrotem do pracy, ale głowy nie dam bo już nie pamiętam. Powiem tylko, że trzy pobudki to pikuś i wtedy noc można zaliczyć do spokojnych.

Ale tak poza tym nie jest źle. Mała coraz pewniej stoi i robi to przy każdej możliwej okazji a od ostatniej niedzieli w końcu raczkuje. Jest bardzo pogodna, choć nadal potrafi dać nam w kość marudzeniem, gdy tylko coś jej nie pasuje. Charakterna jest skubana bardzo. Ma już pięć ząbków i następne w drodze. A grzywka urosła jej tak bardzo, że musimy ją związywać w antenkę na czubku głowy. Obciąć przecież nie można, bo... nie wiem co, ale jakiś zabobon mówi, że nie i już:) No i nadal potrafi nas rozbroić jednym swoim uśmiechem i robi to bardzo często:)

To tyle tak z grubsza. Nie obiecuję, że będę pisać częściej, bo nie wiem czy mi się uda. Do Was też ostatnio rzadko zaglądam, ale jak już zasiadam to nadrabiam zaległości, więc nie martwcie się, nic nie umknie mojej uwadze. Zauważyłam zresztą, że nie tylko ja zaniedbałam pisanie - pozwolę sobie pogrozić palcem, bo nieźle mi to ostatnio wychodzi;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12